niedziela, 30 maja 2010

Z wizytą

Odwiedziłam przyjaciółkę, która od kilku lat mieszka w Wiedniu i jakiś czas temu, wraz z mężem, kupiła piękne mieszkanie, w którym przewidziano pomieszczenie pt. pokój gościnny. Następnie stwierdziła, że dawno się nie widziałyśmy (ostatnio przy okazji zeszłorocznego maratonu). Zatem jeszcze zimą sprawiłam sobie bilet i w piątek, zaraz po odrobieniu obowiązków służbowych, pojechałam na lotnisko. Trochę ponad godzina lotu i stolica krainy strudla już słała się u mych stóp.

Jak tylko udało się spacyfikować dzieciaki, podekscytowane obecnością gościa (zostałam obstawiona talerzami z dań ugotowanych z klocków i plastikowych owoców oraz książeczkami, które koniecznie musieliśmy razem przeczytać), pogadaliśmy trochę z S i M, po czym, prawie dosłownie, padłam. O 4 rano obudziły mnie ptasie trele, dochodzące z olbrzymich lip rosnącym za oknem. Naciągnęłam kołdrę na głowę i znów zasnęłam. Około 6 rano usłyszałam szczebioczące "Ana! Ana!" (z silnym akcentem na końcowe "a") pod moimi drzwiami i szept S. odwodzący niespełna dwuletnią córeczkę od składania mi porannych wizyt :)

W końcu i tak wstałam i po dłuuugim śniadaniu, ruszyłyśmy z S. w miasto. Najpierw okoliczny targ, na którym kupiłam miód morelowy i parę kawałków serów oraz powstrzymałam się przed kupowaniem kolejnych słoików z miodem, przywołując w pamięci mizerną objętość swojej walizki. Później kilka minut podróży autobusem i wysiadłyśmy przy Ringu. I, niestety, niewiele pamiętam z dalszego spaceru, bo tak się zagadałyśmy, że przestałam zwracać uwagę na trasę i atrakcje turystyczne. Zjadłyśmy wspólny obiad, odebrałyśmy dwuletnią ranną ptaszynę od dziadków i wtedy zaczęła się zabawa. Ptaszyna nie chciała usiedzieć w wózku, chciała iść. I to iść sama, bez żadnego trzymania za rękę czy innych przejawów mięczactwa (jest takie słowo?). Napiszę tylko tyle, że żaden bieg nie wykończył mnie tak, jak dreptanie za dwulatką i pilnowanie, żeby nikt jej nie zdeptał ani żeby nie wypadła na jezdnię. Ale fajnie było :)

Rano znów: ptaki, "Ana! Ana!". Piękny poranek, więc skonsultowałam z gospodarzami trasę biegu i ruszyłam w nieznane. Miałam przebiec 10 km w pierwszym zakresie. Wyszło trochę ponad 10 (według Mapmyrun około 11), ale to nie był pierwszy zakres. Dlaczego? A dlatego, że w jedną stronę biegło się pod górę, a w drugą w dół. Za to jak pięknie! Najpierw jeden park, później bardzo urokliwa dzielnica willowa, z zabudową z początków XX wieku, następnie kolejny park, trochę, emmm, zwykłych domów i kamienic i znów wille sprzed 100 lat, a następnie park-las i wzgórza, wzgórza, wzgórza. Aż żal było wracać. No i mogłabym mieć na co dzień widok na ten park z wzgórzami.

Po powrocie prysznic, drugie śniadanie, a za oknem co raz ciemniej i wreszcie lunęło. Co to dla nas! Zapakowaliśmy się razem z dzieciakami, książeczkami i kolorowankami do samochodu i pojechaliśmy na obiad. Chyba przesadziłam, bo strudel ze szpinakiem, liptauer i strudel jabłkowy z sosem waniliowym, to była naprawdę i za dużo i niezdrowo, ale za to bardzo smacznie.

Wszystko ładnie, ale kiedyś trzeba było jednak spakować sery i miód oraz furę pożyczonych książek do mojej małej walizki i wsiąść w samolot. Z wsiadaniem nie było problemów, wysiadanie przeciągnęło się znacznie z powodu burzy nad Warszawą. Podobnego koszmaru w samolocie jeszcze nie przeżyłam, a co do zasady lubię latać i nie straszne mi turbulencje. Jednak jeszcze nigdy nie leciałam malutkim fokkerem w środku chmur burzowych (czarno, czarno, czarno i błyskawice), w których rzucało nami na wszystkie strony, podczas gdy pilot kolejny raz okrążał warszawskie niebo. Brrr....

Nieliczne zdjęcia z Wiednia wkleję w najbliższym czasie. I opiszę czterystumetrówki na Agrykoli oraz kolejne ciekawe zestawy ćwiczeń na siłowni. Teraz naprawdę muszę odespać dzisiejszą podróż i weekend pełen wrażeń.

3 komentarze:

LidKa pisze...

No to miałaś przyjemny weekend, no może poza powrotnym lotem. Mnie ptaszki ostatnio swoim śpiewem kołyszą do snu tak o 2-giej w nocy. Białe noce:)

Zielenina pisze...

Haniu, czytać Cię to sama przyjemność :) A poza tym maratonowi dasz radę, a dwulatka Cię wykończy? hihi, nie daj się!

Hankaskakanka pisze...

Lidko, u nas nocami słychać najczęściej deszcz :(
Zieleninko, w maratonie nie biegam zgięta w pół ;)