Jeszcze w listopadzie zarezerwowałam hotel, zrobiłam przelew a konto naszych opłat startowych, potem zaczęło się 16-tygodniowe odliczanie z planem treningowym, stopniał śnieg, zrobiła się wiosna i przyszedł dzień wyjazdu.
Nie wiem, jakim cudem obudziłam się w zeszły czwartek o piątej z minutami, mając na sumieniu dwie zarwane noce. Wypiłam podwójne espresso, zjadłam śniadanie, zapakowaliśmy rzeczy do samochodu i siadłam za kierownicą. Poranek był piękny i do Cieszyna jechało się niezmiernie przyjemnie przez wiosenny krajobraz. W Cieszynie zmienił mnie mąż, a ja, zaraz za granicą, przysnęłam i obudziłam się dopiero w okolicach Brna. Za Brnem zaczęły się winnice, pola jaskrów, wiatraki, potem był Wiedeń, krajobraz zrobił się górzysty, Graz i znów zmiana. Wjechaliśmy do Słowenii, obiecując sobie co 5 km, że kiedyś przyjedziemy do niej na wakacje, a następnie do Triestu. Bez większych problemów znaleźliśmy hotel, zostawiliśmy samochód w garażu i poszliśmy na pierwsze kluski i pizzę, a potem SPAĆ.
W piątek wybraliśmy się na wycieczkę do Słowenii i spędziliśmy większość dnia w prześlicznym Piranie. To maleńkie miasteczko przez wiele lat podlegało panowaniu Wenecji i wygląda jak jej bardzo zadbana miniatura. Połaziliśmy trochę po wąskich uliczkach, pogrzaliśmy kości w ciepłym słońcu, napchaliśmy się rybami i lodami (ale nie na raz) i wróciliśmy do Triestu. Kolejne kluski, spacer i znów spać.
W sobotę odebraliśmy wreszcie pakiety startowe i pooglądaliśmy demonstracje i pochody z okazji 1 maja. Przeszliśmy się na Piazza della Liberta', skąd następnego dnia odjeżdżały autobusy transportujące maratończyków na start, a potem złapaliśmy statek płynący do Muggii - kolejnej weneckiej mieścinki po drugiej stronie zatoki. Kiedy wracaliśmy (znów statkiem), poczułam, że łapie mnie trema. Jak sobie z nią poradzić? Wciągnąć porcję gnocchi i ciasto z truskawkami :) Jeszcze krótki spacer na Piazza Unita' d'Italia i spojrzenie na metę; powrót do hotelu. Nastawiam budzik na 5:20, szykujemy rzeczy, prysznic spać.
Dziwnym trafem udało mi się przespać calutką noc i budzę się wypoczęta. Nnnooo... może trochę przesadzam, ale jestem, jak na siebie i jak na tak wczesną porę, całkiem przytomna. W nocy śniło mi się, że zaspaliśmy na autobus i musieliśmy biec na start 42 kilometry. Ładne kwiatki! Wykąpana, ubrana w ciuchy biegowe, spodnie od dresu i polar, siadam do śniadania. Zjadamy chleb z marmoladą, z miodem, pijemy cieniutką herbatę, pogryzamy herbatniki z mąki pełnoziarnistej. Ech... zjadłabym jajko z majonezem i ze szczypiorkiem... No dobra, nie czas wymyślać menu śniadaniowe. Sznuruję canarinhos szepcząc do nich, żeby mnie ładnie poprowadziły, sprawdzam, czy zabrałam węgiel, żel energetyczny i chusteczki do nosa. Wszystko na miejscu.
Wychodzimy z hotelu i idziemy do autobusu. Ogarnia mnie panika - przecież sen mógł być proroczy - i gnam przed siebie, byle bliżej Piazza della Liberta'! Na szczęście autobusów jest dużo, czekają i zajmujemy miejsca w jednym z nich. Po krótkiej chwili ruszamy. Trochę przysypiam, czuję, że zaczynam się denerwować. Obok nas siedzą faceci omawiający kolejne maratony we Włoszech, opowiadają, który na ile biegnie. Jeden z nich stwierdza, że chce pobiec na tre e settanta (3:70 ;)). W końcu dojeżdżamy do startu w Gradisca d'Isonzo i wytaczamy się na ładny placyk z parkiem. No dobrze, a gdzie są toi-toiki? Strasznie chce mi się siku.
Znajdujemy toi-toiki i gratuluję sobie, że przyjechaliśmy jednym z pierwszych autobusów. Bo toi-toiek jest 4 (słownie: cztery). Panowie mają jeszcze czterokabinowy pisuar. A krzaczki w tym pięknym parku niestety nie należą do najgęstszych... Załatwiamy swoje sprawy, zjadamy po batonie, zostawiamy torbę w depozycie i zaczynamy rozgrzewkę. Wszędzie widzę jakieś wyżyłowane Walkirie, które pewnie lecą na 2:30 i zaczynam tracić resztki rezonu. I znowu chce mi się siku, więc lecę do toi-toiek, przed którymi stoi już spora kolejka. Na szczęście idzie szybko, więc wchodzę do środka i... omamo... co za ohyda!!! Czuję, że robi mi się niedobrze i czym prędzej wylatuję na zewnątrz. Próbuję wyrównać oddech i oddalić wspomnienie obrzydliwego widoku, ale nie mogę. Panika - przed maratonem w Poznaniu też się porzygałam, a potem o mało nie umarłam i tutaj znowu?!!! Mąż zabiera mnie gdzieś na bok, sadza na chwiejnym płotku i każe brać głębokie oddechy. Cały czas coś do mnie mówi. Mija parę minut i mdłości przechodzą. Uffff.... Idziemy na start, elegancko podzielony na strefy czasowe, znajdujemy Paolo i Marco, którzy mają żółte baloniki z napisem "4:00". Nad głowami przelatuje nam helikopter i wszyscy do niego machamy.
Wystrzał. Ruszamy truchtem, włączam stoper i fruuuu! Już przekroczyłam linię startu. Obiegamy placyk i wbiegamy bramą w murach obronnych na wąską uliczkę, skręcamy w prawo i znów jesteśmy za murami. Biegniemy znacznie szybciej niż zakładaliśmy - pierwszy kilometr w 5:25, ale jest cały czas delikatnie z górki, więc nogi same niosą. Wzdłuż ulic stoją kibice i wołają "Bravi! Bravissimi!" "Forza!" "Dai! Dai!" Wybiegamy z miasteczka.
Po 7 kilometrach mamy już ładny zapas, a ja stwierdzam, że czuję się jakbym zrobiła pierwszy kilometr wolnego wybiegania. Po prostu wspaniale! Jest 15-16 stopni, pochmurno, od czasu do czasu powiewa lekki, ale orzeźwiający wietrzyk. Przebiegamy przez kolejne miejscowości, w których entuzjastycznie witają nas kibice. W Sagrada stoi kilkadziesiąt osób z transparentami, kołatkami, machają do nas i pozdrawiają. Na balkonie stoi starsza pani, która wywija ręcznikiem czy ścierką wołając co sił w płucach "Viva le donne!!", więc uśmiecham się do niej szeroko i macham.
Przy kolejnych stacjach odżywiania (co 5 km) nie mogę wyjść z podziwu. Nic tylko urządzić sobie piknik! Mamy do wyboru wodę, mrożoną herbatę, izotoniki, herbatniki, tartoletki z marmoladą, pomarańcze - czerwone i zwykłe, cytryny, banany, kostki cukru. Przy stolikach jest mnóstwo wolontariuszy, którzy sprawnie podają co trzeba - w życiu czegoś takiego nie widziałam!
Mijamy kolejne cmentarze ofiar pierwszej wojny światowej, w tym olbrzymi monument wzniesiony jeszcze za Mussoliniego - setki schodów prowadzących do gigantycznego krzyża. Kiedy mijaliśmy to cudo jadąc na start, jeden z Włochów biegnących na 3:70 zapowiedział, że jeden z podbiegów prowadzi po tych właśnie schodach. Chy chy, że tak powiem. Na podbiegi mieliśmy jednak jeszcze poczekać.
Na razie nadal towarzyszyła nam atmosfera piknikowa. Jeden z biegaczy, mający koszulkę z napisem "Taipei Runner", fotografuje się z kibicami, robi zdjęcia dzieciom, kwiatkom, kotom. Paolo i Marco co jakiś czas odwracają się i sprawdzają stan swojej trzódki. Pod jakimś sklepem właściciel i jego rodzina wynoszą tace z serem, butelki z wodą i częstują tym biegaczy. Przebiegamy obok dziewczynek w komunijnych sukienkach i wołamy do nich chóralnie "Auguri!".
Wszystko co dobre kiedyś się kończy, zatem czas na koniec płaskiej trasy i pierwszy podbieg. Ale o tym będzie w następnym odcinku.

4 komentarze:
Zaraz zabieram się za drugą część, ale jak na razie najbardziej podobało mi się "3:70" (jeśli dobrze to zinterpretowałem, to ja w swoim debiucie miałem 3:81) i "wyżyłowane walkirie":)
To 3:70 mnie nieźle ubawiło :)
Walkirie były przerażające, zwłaszcza jedna. Była to niesamowicie umięśniona, wysoka blondynka w złotych szortach i złotej koszulce z logo klubu biegowego. Zahaczyłam szczęką o sznurowadła, kiedy zobaczyłam ją na trasie, a potem wyminęłam ;)
Haniu, proszę powiedz, ze nie robiłaś tych zdjęć w trakcie maratonu ;)
Czyta się świetnie. Czuje się jak bym tam była!
A co powiecie na następny maratony w Lozannie. Tam też są podbiegi i piękne widoki. Hotelu nie potrzebujecie. Na śniadanie zrobię Ci jajka z majonezem :*
Nie, nie robiłam :) To z naszej weterańskiej wycieczki dzień później. Z maratonu są tylko te ze startu i z mety, robione telefonem S., bo mój został w depozycie.
Na maraton w Lozannie wybieram się, ale nie tej jesieni. Trasa wydaje się prześliczna (choć trudna, bo jest podobno cały czas albo z góry albo pod górkę). Może zwalimy Wam się na głowę w przyszłym roku, co? :) Przywieziemy dużo wędzonej makreli i twarogu :)
Prześlij komentarz