piątek, 7 maja 2010

Epilog

Po dwóch godzinach snu obudził mnie wilczy głód. Ruszyliśmy w miasto w poszukiwaniu otwartej knajpy, o co w niedzielny wieczór było niezbyt łatwo. W końcu udało nam się znaleźć jakieś kluski i pizzę (monotematycznie), a następnie kipiący życiem bar, w którym uczciliśmy swój sukces spritzem (aperol + prosecco + woda gazowana + lód i plasterki pomarańczy). Jedna porcja na głowę i wróciliśmy do hotelu zygzakiem, po czym padliśmy jak dwa wory. W nocy budziłam się tylko po to, żeby stopniowo osuszać litrową butlę wody i upewniać, że już nie biegnę.

Rano, w związku z tym, że padał deszcz, postanowiliśmy wybrać się na wycieczkę do Aquilei i obejrzeć raz jeszcze trasę maratonu. Jak miło było podziwiać widoki i badać długość podbiegów, gdy zmęczone gnaty były komfortowo wiezione z szybkością 50 km/h! Tu był spacer, tu punkt odżywiania, tu przeskakiwanie przez barierkę, tu znak z ciężarówką, tu stała orkiestra, tu pierwszy wiadukt - wspomnienia weteranów ;)

Kiedy dojechaliśmy wreszcie do Aquilei, litościwie przestało padać. Dzięki temu, mieliśmy trochę czasu, żeby w miarę suchą nogą dotrzeć do bazyliki, w której znajdują się niezwykłej piękności mozaiki z IV wieku n.e. Spędziliśmy w niej dłuższą chwilę, mając za towarzystwo wycieczki szkolne, które próbowały za wszelką cenę obejść zakaz fotografowania z fleszem, co budziło (słuszne) oburzenie ich opiekunek. "Kto robi zdjęcie z fleszem?!! Wstydź się!" - co 10 sekund to samo :) Kiedy wyszliśmy z bazyliki i ruszyliśmy w stronę wykopalisk (Aquileia była jednym z ważniejszych miast portowych starożytnego Rzymu, została założona w II wieku p.n.e.), zerwał się porywisty i ciepły wiatr, zaczął padać deszcz. Przeszliśmy przez dawny port i obejrzeliśmy pozostałości po kanałach, minęliśmy Forum i, wściekle głodni, dobiegliśmy (no dobra, dowlekliśmy się) do samochodu.

Po zjedzeniu szybkiego obiadu w przydrożnej knajpie z widokiem na lagunę, po której śmigały dwa kite'y, budzące dziką zazdrość męża i moje sceptyczne komentarze ("Eeee... pewnie i tak pływają w długich piankach."), przejechaliśmy przez Grado, czyli jeden z "kurorcików" pomiędzy Triestem i Wenecją (paskudztwo!!!), po czym wróciliśmy na trasę martyrologiczną. W międzyczasie wyszło słońce i jakoś tak niespiesznie dotarliśmy do Duino, do bramy zamku, przy której poprzedniego dnia skręcaliśmy na Triest i postanowiliśmy sobie ten zamek obejrzeć. Dobrze zrobiliśmy, bo jest pięknie położony, ma prześlicznie utrzymane ogrody, ale zwiedzanie wnętrz zakończyliśmy na sali nazwanej "La Grotta", w której było WSZYSTKO - przeszklona ściana z widokiem na ogród i morze, wnęka z wyjątkowej ohydy fontanienką, fortepian, futerał na skrzypce, ściana pomalowana niebieskim brokatem, meble ozdobione muszelkami. Wyszliśmy z bólem zębów. Obejrzeliśmy sobie jeszcze bunkier z II wojny światowej, wybudowany przez bratnie Włochom wojska z kraju na N. Z dużą ulgą wróciłam do ogrodu, w którym było ciepło, słonecznie, wszystko kwitło i pachniało, podczas gdy w bunkrze panował zimny, wilgotny półmrok, a po wykutych w skałach ścianach kapała woda. Brrrr...

A później, znów bardzo niespiesznie, pojechaliśmy w stronę Triestu. Jeszcze tylko pakowanie, wizyta w księgarni i spożywczaku, ostatnia kolacja, znów spritz i powrót do hotelu. Po drodze mijamy sklep z wyposażeniem łazienek - zataczamy się ze śmiechu przy muszlach klozetowych, bidetach i umywalkach we wzory skóry wężowej, lamparciej i krokodylej. Chyba bałabym się wejść do takiej łazienki.

13 godzin do Warszawy - koniec przygody, powrót do rzeczywistości.

Na razie odpoczywam, w przerwach od pracy, której zrobiło się nadspodziewanie dużo. W środę byłam na treningu klubowym. Zaczęliśmy ćwiczyć szybkość, pod starty na krótszych dystansach, ale mnie potrzeba jeszcze trochę odpoczynku, zanim wrócę do tempa sprzed maratonu. Dzisiaj miałam wygibasy i strzelanie na fizykoterapii. Ucieszyłam się, bo cudotwórca orzekł, że jestem w bardzo dobrym stanie. Na razie mogę zrobić co najmniej 3 tygodnie odpoczynku od wygibasów i sprawdzić, jak będę się czuła. Jestem zachwycona, że wreszcie pozbyłam się tych paskudnych bóli w biodrze i pośladku, ciągnących się przez całą nogę aż do czubków palców.

Jutro rano chciałabym pójść na basen i może do sauny. A w niedzielę? Wiadomo - Las Kabacki. Tylko niepełne okrążenie i żółwie tempo. Relaks.









6 komentarzy:

Unknown pisze...

Do Triestu wybieramy się od jakiegoś czasu. Zachęciłaś nas swoja opowieścią :)

Hankaskakanka pisze...

Namawiam gorąco! To naprawdę piękne i ciekawe miasto, choć sprawia mało włoskie wrażenie ;)

drproctor pisze...

Maraton we Włoszech? Może kiedyś... Pierwszy zagraniczny zaliczę zapewne i tak nie wcześniej niż za dwa lata, i najpewniej będzie to u sąsiada (Berlin, może Praga). A moje największe marzenie to połączenie starej pasji z nową czyli maraton w Kraju Samurajów.

Hankaskakanka pisze...

DrProctor, szczęściarzu, do Berlina masz rzut beretem :) Chyba szybszy i wygodniejszy dojazd niż do Warszawy albo Krakowa?
Jeśli mogę coś polecić z nieco bliższych maratonów zagranicznych, gorąco namawiam na Wiedeń - trasa dosyć płaska (poza jednym łagodnym podbiegiem od Ringu do Schoenbrunn), ładna widokowo, sporo kibiców, fantastyczny finisz, dobra organizacja (choć toi-toiek na trasie mało ;)).
A ten maraton w Kraju Samurajów brzmi intrygująco!

Zielenina pisze...

ech Triest jest taki fajny :) Ale o relaksie to ja mam inne pojęcie niż kółko po lesie. Nawet żółwim tempem ;-)

Hankaskakanka pisze...

Każdemu relaks według zasług ;) Witaj, Zieleninko!