Nie wiem, czy tytuł jest trafiony. W końcu chodzi o coś znanego mi od dzieciństwa; długo nielubianego, później zapomnianego. Krótko mówiąc - ostatnio, na fali urozmaicania posiłków bezmięsnych i szukania źródeł żelaza (którego, nawiasem mówiąc, miałam zawsze pod dostatkiem, ale lepiej nie kusić losu), wróciłam do jedzenia kaszy gryczanej.
Dziś zrobiłam ją inaczej niż do tej pory - wytytłałam w rozbełtanym jajku, wrzuciłam na suchą patelnię i uprażyłam, a później "upiekłam" z wodą i odrobiną masła, pod przykryciem w piekarniku. Ale dobre... Do tego moja ukochana soczewica, wymieszana z zeszkloną na oliwie cebulą. Powyższy zestaw wejdzie już do kanonu posiłków regeneracyjnych ;)
A było po czym się regenerować. Oj, było!
Co prawda miałam dzisiaj dzień urlopu, ale spędziłam go intensywnie, m.in. transportując tatę ze szpitala. Przy okazji sprawdziłam stan Wisły - wody jest już widocznie mniej niż w niedzielę rano, a pusty Wał Miedzeszyński robi duże wrażenie! Trochę pokrzątałam się po domu, odkryłam nową formę życia w koszu z owocami (yyyy), poczytałam. W ramach relaksu poszłam na siłownię, z której wyszłam na ostatnich nogach i natychmiast zabrałam się do gotowania. Dziś ucierpiała głównie góra (barki, bicepsy, plecy, brzuch), ale i czworogłowe dostały wycisk, a jutro trening klubowy i mają być czterystumetrówki.
Dolo, moja dolo...
wtorek, 25 maja 2010
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
7 komentarzy:
Pewnie jakbym spotkała Cię w 'realu' to bym padła z zazdrości :)
Kaszę gryczaną uwielbiam choć znam taką jedną Panią co jej do ust nie weźmie ponoć :D Ty też Ją znasz :D
Bidulka! :) Zjedz sobie na pocieszenie suszonych moreli, też mają masę żelaza ;-) A z kasz bombą żelazową jest amarantus, ale ma specyficzny smak, mnie solo nie wchodzi tylko jako dodatek :)
Polko, tak znam tę panią ;) Liczę na to, że kiedyś się przekona do tego, co dobre!
Zieleninko, suszonych moreli niestety nie mogę, choć bardzo lubię. Amarantus też jako dodatek.
Chciałam coś napisać o bieganiu 400-metrówek i ćwiczeniach ogólnorozwojowych na tartanie Agrykoli, ale jestem tak padnięta, że zbieram siły na doczołganie się pod prysznic i do sypialni ;)
Haniu, a gdzie zdjęcie kaszy? :) Najfajniejsze w blogach jest obserwowanie, jak ujawniają się inne pasje autora :)
Quino, powody braku zdjęcia są dwa :) Pierwszy: wilczy głód. Drugi: nie potrafię ładnie fotografować jedzenia. No więc fizjologia + próżność stanęły na przeszkodzie :)
A szkoda, bo ta kasza jest dla mnie jakoś niejasna - nie potrafię zupełnie przełożyć twojego opisu na konkrety;) Czy wyszedł placek??? I lepiej nie bądż taka próżna;)
Nie, wyszła sypka kasza :)
Prześlij komentarz