niedziela, 25 kwietnia 2010

Odpoczywanie, odliczanie

Dzisiaj miałam sen maratoński. Tym razem nie zostałam zdyskwalifikowana za podjeżdżanie komunikacją miejską, ale po 32 kilometrze zorientowałam się, że trasa nie ma żadnych oznaczeń. Byłam załamana, bo biegło mi się znakomicie i celowałam w... 3:40 (poczucie humoru nie opuszcza mnie nawet we śnie), a tu nagle trzeba błąkać się po obcym mieście i szukać mety maratonu. Tak się zagubiłam, że minęły 4 godziny, a ja jeszcze nie znalazłam ani trasy ani mety i z tej rozpaczy obudziłam się. Już chyba wolę, kiedy śni mi się, że muszę zdawać maturę z łaciny.

Po bogatej we wrażenia biegowe nocy, rano zapałałam chęcią pojechania do Lasu Kabackiego i spacerowego przetruchtania 10 km. Co prawda nie miałam ich w planie, ale... W lesie, jak to w lesie - zielono, jeszcze kwitną zawilce, już kwitną fiołki, ze ściółki wychodzą liście konwalii. Byliśmy jeszcze na tyle wcześnie, że nie przebijaliśmy się przez zakorkowane ścieżki. Choć biegliśmy nieprzyzwoicie wolno, czułam w nogach wczorajsze harce na Kępie Potockiej. Omówiliśmy z mężem i z koleżanką ostatnie osiągnięcia kulinarne (w naszym domu panuje monotonia - makarony, makarony, makarony), kupiliśmy na stoisku przy parkingu od strony Powsina pęczek tulipanów i pół kilo truskawek.

No i teraz pozostaje porządnie odpocząć. Nie planuję już w tym tygodniu ani ćwiczeń na siłowni, ani biegów na dystansie przekraczającym 5 km. Jutro idę na fizykoterapię (remont się przeciąga, a dziś jeszcze doszedł jakiś dziwny ból w prawej kostce). Wiem, że niektórzy biegacze stosują dietę przedmaratońską, polegającą na tym, że przez 3 czy 4 dni ogranicza się bądź wyklucza węglowodany, a następnie, na 3 dni przed maratonem, pochłania je w większej ilości. Ale ja wolę nie eksperymentować i dziś na obiad mieliśmy domową pizzę, a na kolację planuję kaszę gryczaną z soczewicą i szpinakiem :)

W czwartek rano wyjeżdżamy. W piątek albo w sobotę odbierzemy numery startowe. A za tydzień będzie już po wszystkim.



4 komentarze:

quinoamatorka pisze...

Melduję, że zaległości w lekturze nadrobiłam i już wiem wszystko :)

Hankaskakanka pisze...

Czyli wspólne ŁB przekładamy na maj ;-)

Midi pisze...

Też miałam kiedyś sen maratoński - że trasa wiodła przez jakieś centrum handlowe, była źle oznaczona i się zgubiłam...
A maturę z łaciny zdawałam pisemnie jako jedna z 2 osób w szkole i bardzo miło to wspominam :)
Niedawno odkryliśmy miłe miejsce na przedmaratońskie kluchy - na Żelaznej niedaleko od Pereca jest taki nowy bar Nuddle World czy jakoś podobnie. No i makarony w Kafce na Oboźnej też godne polecenia :)

Hankaskakanka pisze...

Znam to miejsce :) A i tak najwygodniej jest mi zrobić kluchy w domu. Np. wczoraj spaghetti z sosem pomidorowym (przecier z butelki + czosnek, chili i trochę kaparów) zmontowałam w 10 minut. W Kafce nie jadłam nigdy makaronu - zawsze kończyło się na... kawce :)

PS. Licealne lekcje łaciny wracają do mnie czasem w charakterze najgorszych koszmarów. Ale to nie ze względu na ten szlachetny język ;)
PS2. Miło wiedzieć, że nie ja jedna mam takie sny!