sobota, 24 kwietnia 2010

Kręta jest droga do życiówki

Zbliża się koniec kwietnia, co oznacza, że już najwyższy czas na pierwszą imprezę Pucharu Maratonu Warszawskiego. Bardzo lubię biegi w PMW - są znakomicie zorganizowane, kameralne (choć uczestników przybywa co roku), spotykam na nich sporo znajomych, na starcie i mecie panuje atmosfera piknikowa, a poza tym to właśnie biegiem na 5 km w PMW zaczęłam 2 lata temu przygotowania do swojego pierwszego maratonu. Wtedy piątkę (z 10-procentowym narzutem) biegło się w Parku Skaryszewskim, co oznaczało zrobienie trzech pętli. Tak jak i dziś towarzyszyła nam piękna pogoda i wiosenne rozbuchanie w przyrodzie.

Dziś biegłam po raz pierwszy od środowego treningu (nie licząc rozgrzewki przed czwartkową siłownią) i naprawdę nie byłam pewna, czego mogę się po sobie spodziewać. Agnieszka, za której wiarę we mnie jestem bardzo wdzięczna, namówiła mnie parę dni wcześniej na poprawianie życiówki o minutę, czyli zejście poniżej 23 minut. Mój najlepszy czas na 5 km wynosił do dziś 23:57 i wybiegałam go niechcący w Biegu Ursynowa, na atestowanej trasie. Niechcący, dlatego że przed biegiem marzyłam o urwaniu paru sekund z 25 minut, a na trasie jakoś tak samo się zrobiło szybciej...

Wracając do dzisiejszego biegu: dotarliśmy na Kępę Potocką kilka minut po 9 i od razu ucieszyłam się z tego, że poprzedniego dnia zapisałam siebie i męża przez internet, bo kolejka do odbioru numerów była znacznie mniejsza od tej do zapisów. A poza tym poznałyśmy się "osobiście we własnej osobie" z Midi :)

Zrobiliśmy rozgrzewkowe kółko, na którym przekonałam się, że trasa jest wąska, kręta i ma podbieg. Zwątpiłam w możliwość sprostania optymizmowi Agnieszki, która dziś postanowiła zrobić rozruch przed jutrzejszym maratonem i poprowadzić mnie na wynik. Mąż poszedł gdzieś bliżej startu, a my z Agnieszką i naszym klubowym kolegą ustawiliśmy się grzecznie gdzieś w środku stawki. Błąd. Przez pierwsze 100 m nie udało nam się porządnie rozpędzić, bo wiele osób przeceniło swoje możliwości, więc od samego początku trzeba było wyprzedzać jak i gdzie tylko się dało. Potem był podbieg, na którym zostawiłyśmy z tyłu sporo osób ale jeszcze dłuższą chwilę trwało zanim zrobiło się luźniej i mogłyśmy wreszcie wyrównać tempo. A ja już byłam zmęczona, bo rwane tempo, nagłe przyspieszenia, skoki po trawniku i szybki podbieg trochę dały mi w kość. Ale Agnieszka nie odpuszczała, pilnowała, wspierała. Znowu zakręt. Z górki, zakręt, prosta, mijamy metę, prosta, pod górkę, ostry zakręt, prosta. Na 3 kilometrze zaczęłam sama sobie odpuszczać. Nie wiem dlaczego - moja głowa chyba nie wytrzymała tempa. Po czwartym kilometrze przyspieszyłyśmy i marzyłam już tylko o tym, żeby się nie zrzygać przed metą. A Agnieszka wołała: jeszcze 800 m, jeszcze 750 - dawaj, trzymaj tempo! Ostatnie metry do ostrego zakrętu przed metą, muszę zwolnić minimalnie, żeby utrzymać równowagę i znów przyspieszam. Meta - sukces. Nie zrzygałam się. A Agnieszka mówi: nie złamałaś 23 minut, ale jest życiówka. 23:14. Kochana jest. Sama pewnie bym uległa pokusie i zwolniła, bo ze mnie jest wygodnicki biegacz, co to nie lubi za mocno się zmęczyć.

Łapię wodę i przydziałowe Prince Polo, a w głowie huczy marsz triumfalny. Na Ursynowie urwę z 23 minut więcej niż parę sekund. Tak mi się coś wydaje.

Brak komentarzy: