Tydzień zaczęłam pięknie - trening po treningu. Ale w międzyczasie dopadła mnie codzienność: podgryzające raz mocniej raz słabiej przeziębienie, pranie z wirowaniem w pracy i różne inne ciekawostki. Budziłam się w nocy myśląc o tym, co mam zrobić następnego dnia, a czego nie zrobiłam poprzedniego. Od tego wcale nie śpi się lepiej, a gdy liczone barany zaczynają przybierać postać papierów do przerzucenia, robi się już naprawdę rozrywkowo.
Wróciłam dziś z pracy, spojrzałam w plan treningowy, spojrzałam w stronę lodówki... Tak, tak - marna ze mnie bohaterka. Licho przekupiło mnie talerzem kanapek, małym piwem i dużym kubkiem zielonej herbaty. Będę sobie wspominać dzisiejszy wieczór za ponad 3 tygodnie, w okolicach 35 kilometra.
W związku z powyższym, chyba postaram się wyspać. Parafrazując Scarlett O'Harę - pobiegam jutro.
piątek, 9 kwietnia 2010
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz