Na siłowni nie było mnie prawie 3 tygodnie. A to rehabilitacja, a to treningi biegowe przed półmaratonem, a to wyjazd i tak się zeszło aż do dzisiejszego popołudnia.
Powinnam była pamiętać, jak bolesne są powroty. Już po serii wykroków z ciężarkami, gdy zaczęłam przysiady ze sztangą, poczułam, że czworogłowe odwykły od tego rodzaju rozrywek. Po godzinie zmagania się z ciężarkami i przyrządami, wskoczyłam na bieżnię i dobiłam się 8 km z dwustumetrowymi przyspieszeniami. W domu, ostatkiem sił, zrobiłam makaron z brokułami (ostatnio mogłabym go jeść ciągle, na zmianę z pastą z ciecierzycy i homogenizowanym serkiem waniliowym - czego może brakować mojemu organizmowi, hm?) i zastanawiam się właśnie, czy wygodnie będzie mi spać w fotelu, z nogami opartymi o piłkę do pilatesu...
Bardzo jestem ciekawa jutrzejszego treningu biegowego. Na wszelki wypadek zabiorę czołówkę i batonik, gdyby pierwszy zakres oznaczał 10 min / km i musiałabym w lesie zostać nieco dłużej :)
czwartek, 15 kwietnia 2010
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
3 komentarze:
Hanka nie strasz mnie...
Matko jedyna mnie za dwa tygodnie czaka to samo :) Ale już nie mogę się doczekać, aż skatuje się na bieżni!
Witaj, Poleczko :)
Na pocieszenie napiszę, że wczoraj musiałam zrobić mocny trening siłowy, bo od przyszłego tygodnia zaczynam "luzowanie" przed maratonem, więc będę ćwiczyć na mniejszych obciążeniach i co raz mniej biegać. Tak więc miałam ostatnią szansę na porządne zakwaszenie przed 2 maja ;)
Na razie czuję narastające zmęczenie w mięśniach. Nic to - trzeba będzie je rozbiegać wieczorem.
Miłego powrotu na bieżnię!
Dziękuję! Jejku trochę się boję, ale nie mogę się doczekać.
Myślę, że w poniedziałek powinnam już zacząć :)
Uściski!
:)
Prześlij komentarz