niedziela, 18 kwietnia 2010

Jasna, długa, prosta

Z naciskiem na "długa" i "jasna", choć nie "szeroka jak morze Trasa Łazienkowska".

Odrobiłam dziś swoje 25 km w tempie narastającym i nie mogę uwierzyć, że poszło mi tak dobrze.

Przede wszystkim wyspaliśmy się porządnie (chyba ja najporządniej, bo ponad 9 godzin), zjedliśmy śniadanie (grzanki, rzodkiewki, ser koryciński, homogenizowany serek waniliowy, konfitura morelowa, sok wyciskany z pomarańczy i grejpfruta + kawa z mlekiem) i w bardzo dobrych humorach pojechaliśmy do Lasu Kabackiego. Po raz pierwszy w tym roku (nie licząc Palermo) założyłam na trening krótkie spodenki i koszulkę z krótkimi rękawami.

Ruszyliśmy z kończącą swój trening koleżanką, wrzuciliśmy w te same co zawsze krzaki butlę z izotonikiem, spotkaliśmy znajomych z rodzinami na spacerze. Koleżanka poleciła nam nową ścieżkę odbijającą na południe od polany powsińskiej, pożegnaliśmy się i pobiegliśmy dalej.

Pierwsze 6-7 km biegliśmy bardzo grzecznie i dostojnie. Po pierwsze dlatego, że nadal miałam straszne zakwasy w czwórkach, po drugie dlatego, że było ciepło (prawie 20 stopni) i chciałam się z tym ciepłem i słońcem nieco oswoić, zanim pobiegnę szybciej.

Po 7 km mąż pożegnał mnie czule i przyspieszył, żeby wytłuc swoje dzisiejsze kilometrówki. Trochę przyspieszyłam. Po 10 km poczułam, że zakwasy gdzieś wyparowały i przyspieszyłam jeszcze bardziej. Fajnie się biegło - nad lasem nie hałasowały samoloty, za to śpiewały ptaki, świeciło słońce, wszystko się zieleniło albo kwitło. Po 12.5 km zrobiłam pierwsze tankowanie izotoniku i pobiegłam dalej. W okolicach polany powsińskiej przyspieszyłam bardzo mocno, żeby uciec z oparów grillowanych mięs, kiełbach i dymów z dziesiątek ognisk. Poza tym trzeba było powyprzedzać rodzinne wycieczki na rowerach i jak najszybciej dostać się do spokojniejszego kawałka lasu. Po 22.3 km zrobiłam drugie tankowanie izotoniku, ale postój sprawił, że poczułam straszne zmęczenie w nogach. Przez kilometr biegłam znacznie wolniej, wyobrażając sobie 1.5-litrową butelkę Staropolanki i banany schowane w bagażniku samochodu. Wizualizacje pomogły - ruszyłam mocniej, cały czas przyspieszając.

Już nawet nie spoglądałam na Polara, żeby sprawdzić tętno czy tempo - byle wreszcie porządnie się napić! Przed wybiegnięciem z lasu, usłyszałam, że woła do mnie rowerzysta "5 minut na kilometr! Ładne tempo." Pogadaliśmy chwilę o najbliższych maratonach, życzyliśmy sobie nawzajem powodzenia, jeszcze 100 metrów i... koniec. Samochód, banan, którego pożarłam w 3 sekundy, woda (zanim dojechaliśmy do domu wyżłopałam litr). Rozkosznie.

W domu rozciągnęłam się, wzięłam prysznic i nagle poczułam, że chyba strasznie spadł mi cukier. Było mi słabo i niedobrze. Leżałam na kanapie i co chwilę przysypiałam na kilka sekund, podczas kiedy mój dzielny mąż robił fantastyczne risotto, po którym życie nabrało nowych barw.

Od jutra zaczynam spowalnianie - krótsze treningi, mniej intensywne ćwiczenia na siłowni, a za to dużo snu i jeszcze więcej węglowodanów. Bosko :)

Brak komentarzy: