Ta myśl naszła mnie dziś, gdy złapałam się na tym, że nie wiem kiedy zrobiło się późne popołudnie, a z głośników telewizora w pracowej recepcji doszły mnie dźwięki marsza żałobnego.
Przypomniałam sobie sobotnią przebieżkę, śpiewające ptaki, spokój. Zachciało mi się zobaczyć, czy zawilce jeszcze kwitną. Do tego, spoglądając na zegarek, realnie oceniłam, że nie mam szans na punktualne dotarcie na trening klubowy. Zdecydowałam się. Jeszcze zadzwoniłam do męża i namówiłam go na wspólną wycieczkę.
Wbiegliśmy do lasu około w pół do ósmej wieczorem. Jeszcze było widno, ptaki śpiewały, powietrze pachniało - co za ulga po TAKIM dniu. Gdy minęliśmy polanę "powsińską", zaczęło się ściemniać na dobre. Ostatnie 20 minut przebiegliśmy w zupełnej ciemności i ciszy. Słychać było tylko przytłumione odgłosy z otaczającego las miasta i niedalekiego lotniska. Poza tym nic.
Głowa przewietrzona. Trening wybiegany. Planuję kolejną wycieczkę do lasu.
Chyba jestem zmęczona.
środa, 14 kwietnia 2010
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz