Jestem osobą starannie unikającą wiadomości z kraju i świata przed porannym wyjściem z domu, zatem o katastrofie prezydenckiego TU-154 dowiedziałam się dopiero w trakcie lekcji ulubionego języka. Zadzwonił do mnie mąż, a potem włączyłyśmy z nauczycielką internet i zobaczyłyśmy, co się stało.
Choć żadna z osób, które zginęły, nie była mi znana osobiście, kilka z nich szanowałam, a śmierć wszystkich wywołała we mnie głębokie współczucie dla ich rodzin i bliskich. O rozmiarze katastrofy i jej wpływie na sytuację Polski mówią i piszą wszystkie możliwe media, a ze mnie żaden komentator polityczny , więc dam sobie spokój. Smutne jest to, że w ułamku sekundy straciło życie prawie 100 osób.
Po południu ruszyliśmy z mężem do lasu. Pierwsze 5 kilometrów przebiegliśmy w słońcu, nie mogąc się nadziwić wyglądającym zewsząd młodziutkim listkom, pędom, kwiatkom. Później złapała nas wiosenna ulewa, która przez chwilę zamieniła się w gradobicie, a następnie w leciutką mżawkę. Pierwszy raz w tym roku słyszałam dzięcioła, a pozostałe ptaki zapewniały nieustający koncert. Nawet nie wiem, kiedy przebiegłam 16 kilometrów, łącznie z intensywnymi sześcioma kilometrówkami. Poczekałam jeszcze trochę na męża, z którym rozdzieliliśmy się wcześniej i który dziś zmagał się z 28 km, po czym wróciliśmy do domu.
W internecie pojawiły się kolejne wiadomości, a w lesie listki rozwijają się jak gdyby nigdy nic. W rytmie natury znajduję spokój - wszystko dzieje się zgodnie z planem i po zimie przychodzi wiosna.
sobota, 10 kwietnia 2010
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz