Ale mam zakwasy! Zimne nóżki w occie - brak tylko galarety. Rano trochę cierpiałam, wchodząc po schodach 5 pięter. Następnie zaczęłam mieć problemy z wstawaniem od biurka. Później z chodzeniem w ogóle.
Zakwasy zakwasami, a plan pokazywał 15 km w pierwszym zakresie. No dobra, to się obolałe mięśnie rozrusza i będzie przyjemnie. Mhm...
Znów wbiegliśmy do lasu, gdy inni biegacze już kończyli swoje treningi. Pierwsze 5-6 km pokonałam cuś a la Pinocchio - jedna drewniana noga, druga drewniana noga, jedna drewniana noga, druga drewniana noga. Nie pamiętam, kiedy miałam tak straszliwie obolałe czwórki i pośladki. Po 6 km poczułam coś jakby ulgę i przypływ energii. Mąż włączył czołówkę, żebyśmy sobie nóg nie powyłamywali, i biegliśmy o czymś żywo rozmawiając. Między 8 a 9 km usłyszałam nagle głośne szurnięcie w krzakach i stanęłam jak wryta. Obok mąż. A kilka metrów od nas - dwie sarenki. Postaliśmy tak kilka sekund patrząc na siebie wzajemnie i w końcu ruszyliśmy pierwsi, żeby tych dwóch bidulek jeszcze bardziej nie płoszyć i nie świecić im w oczy czołówką. Zresztą pod koniec treningu wyłączyliśmy ją, bo zza drzew świecił księżyc w nowiu, nad drzewami - gwiazdy. Bardzo przyjemny wieczór.
Mniej przyjemnie zrobiło się, kiedy dojechaliśmy do domu i nie byłam w stanie wysiąść z samochodu. Teoria o rozbieganiu zakwasów tym samym legła w gruzach.
Pozostaje już tylko się wyspać i liczyć, że do niedzielnego wybiegania w tempie narastającym ocet wyparuje, a nogi nie zmienią się w galaretę.
piątek, 16 kwietnia 2010
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz