środa, 7 kwietnia 2010

Notatki z Palermo

O odwiedzeniu Palermo marzyliśmy już od jakiegoś czasu, ale nie dotarliśmy do niego nawet podczas dwutygodniowych wakacji, które spędziliśmy na Sycylii kilka lat temu. Później przerażały nas ceny biletów i brak połączeń tanimi liniami. Tymczasem, zimą, gdy na ulicach zalegały pryzmy śniegu, a spojrzenie na termometr mroziło krew w żyłach, przyszedł do mnie e-mail z informacją o otwarciu nowych połączeń do Włoch przez Lufthansę i związaną z tym promocją. Decyzja zapadła szybko, a w projekt "La Pasqua Palermitana" wciągnęliśmy jeszcze naszych przyjaciół. Pozostało skreślać dni w kalendarzu i czekać, a tęsknotę za Sycylią zagłuszać czytaniem Camilleriego.

Jako że w naszej dwuosobowej rodzinie panuje tradycja zapadania na zdrowiu przed wakacjami, i tym razem okazaliśmy się konserwatystami. W piątek, gdy tylko opadła adrenalina po nerwowym tygodniu w pracy, zaczęło boleć mnie gardło. Ze stoickim spokojem nafaszerowałam się aspiryną i poszłam spać, ale rano nie było lepiej, a po dwóch lotach (przesiadka w Mediolanie) zrobiło się jeszcze gorzej. Tylko może mentalnie łatwiej, bo zawsze to przyjemniej, gdy przed oczami ma się błękitne niebo, granatowe morze i, schodzące do niego, pokryte zielenią góry.

Palermo przywitało nas olśniewającym słońcem i zimnym wiatrem od morza. Opatuliliśmy się w bluzy z kapturami, zabraliśmy aparaty fotograficzne i ruszyliśmy w poszukiwaniu jedzenia. Trafiliśmy do otwartej jeszcze knajpki, w której starszy kelner postanowił nakarmić mnie, chyba na pół roku naprzód, podwójną porcją makaronu i owoców. Objedzeni, postawieni do pionu espresso, poszliśmy na długi spacer, zakończony kolejnym espresso i cannoli, z widokiem na katedrę.

Następnego dnia mieliśmy biegać, ale gardło, wyraźnie nie do końca zachwycone ostrym wiatrem, bolało mnie tak mocno, że zostałam w hotelu i nadrobiłam zaległości w spaniu. Tylko mąż i kolega poszli przetestować trasę nad morzem, po czym wrócili nieznośnie zadowoleni z siebie.

Wielkanoc spędziliśmy okrążając miasto i po tej długiej włóczędze stwierdziłam, że bardzo chciałabym przyjechać tam jeszcze raz. Albo dwa. Albo jeszcze więcej. Cóż to za przedziwne miejsce, w którym architektoniczne pozostałości po panowaniu arabskim i normańskim, mieszają się z barokiem i secesją oraz wyrwami po bombardowaniach aliantów. Otoczone górami, otwarte na morze. Brudne, nieporządne, ale żywe i jeszcze niezmienione w Disneyland dla amerykańskich turystów, wzorem toskańskich miasteczek, które co raz bardziej przypominają skanseny.

Przed przyjazdem byłam ostrzeżona o niebezpieczeństwach czyhających na turystów głównie ze strony scipattori, czyli złodziei jeżdżących na skuterach i wyrywających torebki, aparaty fotograficzne. W pamięci miałam też ponurą i dziką atmosferę Neapolu, ale, na szczęście, Palermo okazało się (dla nas) miejscem bezpiecznym, spokojnym, trochę rozleniwionym. Nie spotkało nas też żadne nieszczęście związane z sycylijską plagą, czyli zawalaniem się budowli z chrzczonego cementem betonu (przypuszcza się, że do firm mafijnych należą wszystkie cementownie na Sycylii), nie byliśmy świadkami wymuszania il pizzo (haraczu pobieranego przez mafię od przedsiębiorców) ani aresztowania żadnego z bossów.

W poniedziałek wielkanocny (la Pasquetta) obudziłam się zdrowa jak ryba i wyciągnęłam męża na wspólną przebieżkę. Było cudnie - biegaliśmy po pętli nad samiutkim morzem, w towarzystwie miejscowych biegaczy. Chyba jako jedyni odważyliśmy się na ubranie w szorty i koszulki z krótkimi rękawami, a reszta towarzystwa pomykała w dresach, ocieplanych kamizelkach, kurtkach. Rekordzista miał długie spodnie, bluzę, kamizelkę i polarową opaskę. Nadmienię tylko, że o 8 rano było 14 stopni, słońce przygrzewało mile, a wiatr chwilowo zapomniał o tym zakątku Sycylii. Dodatkową atrakcję stanowili biegacze do złudzenia przypominający niektórych członków rodziny i współpracowników Tony'ego Soprano. Co chwilę rzucaliśmy do siebie "O, Chrissy Moltisanti", "Widziałaś Bacala'?". I tak dalej. Trening zakończyliśmy espresso i wodą w przemiłym barku niedaleko naszego hotelu. Przed odlotem zdążyliśmy niechcący odkryć XII wieczny kościół i ogród botaniczny oraz zjeść część porannego połowu :)

PS. Podsumowanie treningowe ostatnich 3 dni: poniedziałek - 11 km, w tym 4 km w drugim zakresie; wtorek - 8 km, w tym 10 x 200 m rytmów; środa - 11.2 km, w tym dwa podbiegi po ok. 500 m.





4 komentarze:

Mich pisze...

Wspaniale! Z talerzyków wybieram czerwony- oliwki, czerwona cebula, pomidory i chyba anchois (?).

Jeszcze pytanie do pomarańczowego-cebula z pomarańczami???

Włosi mają nie kolei w głowie jeśli chodzi o ubiór wiosenno-jesienny, potwierdziłaś moją teorię:)

Palermo znam tylko z opowieści, szkodaaaa
pozdrowienia ciepłe

Hankaskakanka pisze...

Michu, tak: pomarańcze ze słodką czerwoną cebulą i oliwkami. Przepyszne! W wybranym przez Ciebie zestawie były anchois.

Jeśli chodzi o ubiory - w Wielkanoc widzieliśmy panią wychodzącą z kościoła w płaszczu-puchówce i w kozakach. Prowadziła córeczkę ubraną w wełniany płaszczyk, czapkę, szalik, grube rajstopy i kozaczki :) Wypatrywałam pań w norkach, ale to nie Mediolan ;)

Również pozdrawiam!

Unknown pisze...

Piękna notka, aż się che ponownie jechać do Palermo, zwłaszcza, że wtedy gdy tam byliśmy padało, wiało i w ogóle pogoda nic nie mila wspólnego z latem i słońcem...

Hankaskakanka pisze...

Anoushko, my też mieliśmy pogodę w kratkę podczas pierwszego pobytu na Sycylii. Pamiętam, że w Erice ratowałam się grappą (z braku drugiego swetra i czapki) ;-)