Jestem z siebie zadowolona - nie tylko zachowałam zaskakujący umiar w jedzeniu, lecz także przebiegłam 10 km w piątek (o czym już było), wczoraj zafundowałam sobie serię ćwiczeń w domu, a dzisiaj dołożyłam kolejne 10 km. Znów przy tętnie 75% HR Max. Tym razem, jednak, bez zbytniego marudzenia. W końcu świeciło słońce, a ścieżki kabackie zrobiły się przyjemne dla obuwia i bezpieczne dla kostek. Czyli suche.
W dodatku zaczynam wierzyć w skuteczność tej nudnej metody podnoszenia wydolności: dzisiejszą dychę przebiegłam w czasie o ponad 4 min krótszym niż w piątek! I tylko raz podchodziłam pod górkę, a to tylko dlatego, że smarkanie nosa podniosło moje tętno do 81% ;) Skuteczność skutecznością, ale ostatni kilometr pobiegłam podnosząc tętno do 94% i tęsknie myśląc o czekającym w bagażniku termosie z herbatą z malinami.
Jutro zamierzam wykorzystać wolny dzień na wycieczkę po buty. Jeśli uda mi się je kupić, znienawidzone buciory, które już zawsze będą kojarzyły mi się z nieudaną startowo jesienią i wiecznie rozwiązanymi sznurowadłami, wylądują z hukiem na śmietniku. Jeszcze nie wiedzą, co je czeka...
niedziela, 27 grudnia 2009
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz