niedziela, 20 grudnia 2009

Ciąg dalszy zimy w mieście

Ufff... wreszcie udało się wyjść na trening. Zrobiliśmy z mężem niecałe 8 km po ładnej turystycznie trasie, przy prawie nieistniejącym ruchu samochodowym i znikomym ruchu pieszym. Stwierdziłam też, że podbiegi na mrozie są trudniejsze niż przy łagodniejszej temperaturze, ponieważ nie można oddychać paszczą. Tzn. można, ale wolę nie eksperymentować z oskrzelami. Po wbiegnięciu Bednarską na Krakowskie Przedmieście, dyszałam jak parowóz. Na szczęście, dalej, jak to w Warszawie, było już płasko.

Znów ubrałam się trochę za grubo: podkoszulek termalny (cieplejszy), cienka koszulka z długim rękawem, cienki polar i wiatrówka z goretexu. Cienki polar mogłam zastąpić jeszcze jedną koszulką z długim rękawem i wtedy byłoby idealnie. Dół - jak zwykle - sportowe kalesony + spodnie od dresu.

Po raz pierwszy w życiu biegam, gdy termometr jest dwucyfrowo na minusie. Zeszłej zimy rejterowałam na bieżnię w siłowni, ale w tym roku albo coś stało się z instalacją wentylacji, albo przeszłam metamorfozę - po 15 minutach na bieżni zaczynam się dusić, a na dużym mrozie czuję się jak ryba w wodzie.

Zatem trzymam kciuki za dalszy ciąg mrozów i dodam, że nic mnie tak nie męczy tak, jak maraton lepienia pierogów i uszek. Na szczęście, jest już za mną. Czas na regenerację :)

Brak komentarzy: