Czyli skuteczne dorzynanie (się).
W niedzielę dorobiłam się straszliwych zakwasów. Kontynuując poetykę hodowlano-rzeźniczą: nawet po rzeźni na maratonie w Poznaniu nie miałam takich.
Dziś postanowiłam de-li-kat-nie rozruszać ciągnące stawy i obolałe mięśnie, dlatego poszłam na trening siłowy. Który, jak już wspomniałam, miał być delikatny.
Chyba nie pamiętam, co robiłam, ale mam dziwne przeczucie, że poranne wstawanie z łóżka może być jeszcze większym wyzwaniem niż zazwyczaj. Powiem więcej: zastanawiam się, czy będę w stanie chodzić...
Ot, zagwozdka na dobranoc.
wtorek, 8 grudnia 2009
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz