Przed nastaniem Ery Biegowej Hankiskakanki nigdy nie byłam na stadionie na Agrykoli. W ciągu ostatniego roku nadrobiłam to niedopatrzenie z nawiązką. Właśnie na Agrykoli ćwiczyłam (zarówno podczas treningów klubowych jak i porannych / wieczornych kameralnych przebieżek z mężem) przyspieszenia - stumetrówki, czterystumetrówki, ośmiusetmetrówki, kilometrówki, i tak dalej. W letnie wieczory na bieżni robiło się tłoczno i trzeba było bardzo uważać, żeby nie utrudniać treningu szybszym zawodnikom, wybierając jeden ze środkowych lub zewnętrznych torów.
W środę wieczorem na Agrykoli było pusto, ciemno, a nasza klubowa gromada przeprowadziła arcyciekawy trening. Zaczęło się od rozgrzewkowego truchtu wokół kanałów, a później robiliśmy: skipy, ćwierćskipy, półskipy, graliśmy w berka, skacząc na jednej nodze, biegaliśmy do tyłu, podskakiwaliśmy, wieszaliśmy się na bramkach, itd. Cała impreza trwała dobrze ponad godzinę, przebiegliśmy raptem 6 km z groszami, a byłam naprawdę porządnie zmęczona. Niezapomniane wrażenie zostawił zbieg w dół Agrykoli, oświetlonej gazowymi latarniami. Przypomniałam sobie, kiedy któregoś sierpniowego poranka przybiegliśmy z mężem do Łazienek. Była 6 rano, dopiero robiło się widno i po Agrykoli chodził latarnik, gasząc latarnie jedną po drugiej.
Niestety, w trakcie środowego treningu pokłóciliśmy się zbiorowo z właścicielem pięknego wilczura. To nie wina psa, że ma głupiego właściciela, wypuszczającego zwierzaka bez smyczy i kagańca. Moim zdaniem, pies nie przeszedł tresury, ponieważ w ogóle nie słuchał swojego pana, za to szczekał i skakał na nas. Nikt z nas nie czuł się uspokojony zapewnieniami "On tylko tak się bawi". Smycz i kaganiec leżały bezpiecznie na ławce, żeby nie przeszkadzać psu w zabawie, a właścicielowi w spokojnym paleniu papierosa. Ech...
piątek, 4 grudnia 2009
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz