Nadeszła wiekopomna chwila - pierwszy raz zeszłam z trasy przed końcem biegu. Nie poddałam się nawet na maratonie poznańskim, a dziś złożyłam broń na niepełnej piątce.
Jakie to uczucie? Niezbyt przyjemne. Chyba jednak dobrze się stało, że posłuchałam głosu rozsądku, a ambicję schowałam głęboko do kieszonki na iPoda.
Nie mam ochoty rozpisywać się o szczegółach. Napiszę tylko tyle, że po dwudniowych zmaganiach z żołądkiem, rozsądniej było zostać w domu albo pojechać w charakterze kibica. Może za trzecim razem podejmę racjonalną decyzję przed założeniem butów biegowych.
Dobra, wracam do pojenia się rumiankiem i czytania książki o perypetiach sercowych włoskiej młodzieży. Na szczęście nie ma zbyt wielu opisów jedzenia.
sobota, 26 czerwca 2010
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
5 komentarzy:
U Pani!
Ja nie wiem po jakiego groma Ty w ogóle wyszłaś z domu a trasę.
Ambicja ambicją, ale zdrowie najważniejsze!
Miłego czytania :) No i wracaj do zdrowia!
Ciekawe - mam kilka wspomnień z 5-tek właśnie takich o krok od zejścia z trasy (z różnych powodów), a dłuższe i trudniejsze dystanse jakoś mi zawsze gładko "wchodziły". Współczuję. Może mięta albo kefir pomoże? Trudny dzień był na bieganie, nieoczekiwanie lato wróciło...
Poleczko, z dzieciństwa pamiętam przysłowie "Jak ktoś głupi to tak ma" :)))
Midi, wczoraj posłuchałam pani dr z opieki medycznej biegu i piłam wyjątkowej obrzydliwości "Orsalit", żeby nawodnić organizm i łykałam dobre bakterie w kapsułkach. Poza tym głównie spałam. Pani dr trochę zbladła, jak zobaczyła, że po 3 km sprintu mam ciśnienie 93/55 i tętno 100 :)))
Przylowie bardzo modre ;)
Zdrowiej kozico. Pobrykasz nastepnym razem :*
Anuszko, dziękuję :) Mam nadzieję, że już jutro trochę pobrykam :)
Prześlij komentarz