wtorek, 29 czerwca 2010

Troszkę

Troszkę wracam do świata żywych.

Sobotę w zasadzie przespałam. W niedzielę obudziłam się z potwornym bólem głowy, który ustąpił jak tylko zjadłam wyszukane śniadanie, składające się z opieczonej w tosterze bułki i gorzkiej herbaty. A po południu zrobiliśmy coś, czego nie robiliśmy od niepamiętnych czasów. Uwaga, uwaga: poszliśmy na spacer. Dziwnie, ale przyjemnie. Byliśmy nawet w Ogrodzie Botanicznym, bo aż z Placu na Rozdrożu przywabił nas oszałamiający zapach róż z ogrodowego rozarium.

W poniedziałek rano miałam taki wyrzut adrenaliny po otworzeniu pracowej skrzynki, że nawet nie wiem kiedy i jak minął cały dzień. A dziś, już od rana cieszyłam się na wieczorny trening na siłowni. Zabrałam na niego moje najpierwsze, prawdziwe buty biegowe, które odgrzebałam w szafie przy okazji drobnych porządków. Przebiegłam w nich jakieś 50, może 60 km, a one zemściły się (nie wiem za co) okrutnie - żadne inne buty tak ochoczo nie rozkwaszały moich stóp na krwawą miazgę jak te. Dzisiaj dostały ostatnią szansę i nie wykorzystały jej. Już po kilometrze truchtania na bieżni wiedziałam, że buty są twarde, niewdzięczne i chętnie odegrają się za dwa lata w szafie. Tylko jak przemóc w sobie dziecko czasów kryzysu i wyrzucić prawie nowe buty biegowe? Nawet najwredniejsze?

Wracając do dzisiejszego treningu: znów postałam sobie na jednej nodze na odwróconej piłce bosu, a, dla ułatwienia, drugą nogą miałam robić wdzięczne półokręgi z przodu do tyłu i na odwrót - po krawędzi piłki. Tak więcej baletowo. Były też przysiady ze sztangą, wykroki z ciężarkami, różne zabawy z hantlami na triceps, biceps i obręcz barkową. Oj, dobrze mi było, kiedy już wracałam do domu. W sam raz na młode ziemniaki i sałatę typu "wszystkie warzywa, jakie były w lodówce".

Jutro sobie pobiegam :)

Brak komentarzy: