No i wstałam. Zegarek pokazywał godzinę, której nie ma, czyli 5 z groszami. Ubrałam się asekuracyjnie w koszulkę z długimi rękawami, legginsy 3/4, zasznurowałam buty, zmusiłam się do zjedzenia wafla ryżowego i wypiłam trochę wody. Na ulicy momentalnie otrzeźwił mnie nieprzyjemny, zimny wiatr, więc włączyłam Polara i ruszyłam z kopyta. Pustymi ulicami potruchtałam do Saskiego, w którym zrobiłam kilka mniejszych i większych pętelek, obejrzałam zmianę warty o 6, spotkałam dwójkę wariatów (biegaczy, ma się rozumieć) i wróciłam do domu - wściekle głodna, ale zadowolona. Wyszło 5.5 km w różnym tempie - biegłam jak mi się chciało, tzn. raz wolniej, raz szybciej. Bez planu, bez pulsometru. Tak sobie.
Ładnie było.
O reszcie dnia nie ma co pisać.
A po południu poszłam sobie na siłownię, na której dobiłam się ostatecznie. Kilometr na bieżni, a potem godzina dla nóg i tego, co mam w miejscu tricepsów. Kiedy zeszłam do szatni, zapakowałam wszystkie ciuchy do torby i tak jak stałam poleciałam do domu, bo aż kręciło mi się w głowie z głodu i ze zmęczenia. Makaron ze szparagami postawił mnie na nogi i pozwolił z optymizmem skonstatować, że jeszcze tylko 3 dni do weekendu.
No to dobranoc.
2 komentarze:
Uwielbiam wczesno poranne letnie bieganie :)Orzeźwiający wiaterek i poranny chłodek. Świeże powietrze, jeszcze nie uprażone przez skwar słoneczka i zapach trawy, wilgotnej ziemi... Do tego wrzaski budzącego się ptactwa i widok wschodzącego słonka rewelacja :)Tomek
PS Też miałem obowiązkowy rosyjski i pamiętam piosenki o czarnym kocie i słońcu ;)pozdrowionka Tomek
Tomku, od przyszłego tygodnia zaczynam plan pod maraton, a ma zrobić się ciepło (podobno), więc już się cieszę na poranne bieganie :) W centrum ma ono jeszcze jeden atut - brak samochodów i relatywnie czyste powietrze ;) Pozdrawiam!
Prześlij komentarz