poniedziałek, 14 czerwca 2010

Aaa, kotki dwa

Chyba nie raz wspominałam o tym, że moją ulubioną jednostką treningową jest regeneracja, a w szczególności sen, prawda?

W ostatnim numerze Runner's World przeczytałam, że Paula Radcliffe śpi 9 godzin w nocy i jeszcze ucina sobie 2-godzinną popołudniową drzemkę. Mogłabym jej wybaczyć to, że ma dom w Monako i trenuje z widokiem na Morze Śródziemne, że do niej należy kobiecy rekord świata w maratonie (2:15:25, niepobity od 7 lat), że nie musi się martwić o zakup ciuchów i butów biegowych, bo firma na N. ubiera ją sama i jeszcze jej za to płaci. Ale tym razem zzieleniałam z zazdrości - ostatnio 9 godzin spałam z okazji długiego weekendu na początku czerwca. Kiedy udało mi się uciąć popołudniową drzemkę? Emmm... nie pamiętam.

Podobno optymalną liczbą godzin snu w trakcie sezonu treningowego jest 8 godzin dziennie + 1 godzina tygodniowo na każde 10 km przebiegnięte w danym tygodniu. Ostatnio rzadko udaje mi się uzbierać choćby te 8 godzin - w zeszłym tygodniu wieczory były ciepłe i zniechęcały do wczesnego kładzenia, a budzik rano dzwoni bezlitośnie. Przekonałam się również, że minęły już lata, kiedy mogłam bezkarnie hulać do 3 nad ranem, tańcząc na 10-centymetrowych obcasach, a następnego ranka wstawać świeża jak stokrotka. Ech...

Przez te bale nie wstałam w sobotę na tyle wcześnie, żeby pobiegać zanim zrobi się upał (teoretycznie mogłam wrócić biegiem z imprezy, bo o 3 było przyjemne 21 stopni) i kilometrówki sobotnie przesunęły się na niedzielny wieczór. Zrobiłam ich 6, z 2-minutowymi przerwami, rozgrzewką i schłodzeniem. Razem trochę ponad 10 km. Zakładane tempo wynosiło 4:50. Pierwszą pobiegłam w 4:48, drugą w 4:45, trzecią w 4:50, czwartą w 4:52, piątą w 4:55 i, kiedy już wydawało mi się, że szóstej nie dam rady (byłam wczoraj naprawdę w kiepskiej formie), przebiegłam ją najszybciej - w 4:42. Schłodzenie miało być w truchcie, ale wyszło również stosunkowo szybko, gdyż trzeba było zwiewać przed zmasowanym atakiem komarów. Nie mam pojęcia, jakie miałam tempo, a teoretycznie nie powinno było wychodzić poza drugi zakres. Zgubiłam pasek do pulsometru :(

Dziś wieczorem chciałam pójść na jogę, żeby rozciągnąć się i rozluźnić znów obolałe plecy. Zamiast jogi miałam ćwiczenie świętej cierpliwości w nieprawdopodobnym korku. Dotarłam do domu zbyt późno, żeby zdążyć ze zmianą kombinezonu roboczego na normalne ubranie, zapakowaniem torby i dobiegnięciem na zajęcia. W dodatku byłam wściekle głodna, zatem kultura wschodnia ustąpiła zachodniej (zamiast jogi - pizza). Patrząc na zegarek, widzę jeszcze szansę na dorównanie dzisiejszej nocy Pauli R. Przynajmniej w jednym.

7 komentarzy:

Midi pisze...

Pod tym o spaniu i Pauli podpisuję się obiema rękami, pod resztą w sumie też poza oczywiście bieganiem.
A jaki Ty możesz mieć kombinezon roboczy?? Pewnie jakiś przeciwkomarowy :)

Hankaskakanka pisze...

Nie, w biurze (jeszcze) nie ma komarów ;)

drproctor pisze...

Z narzekaniem na braki w spaniu to poczekaj, aż się potomka doczekasz;)
A propos kombinezonu, ktoś kiedyś napisał na jednym z biegowych forów, że w Maratonie Warszawskim wystąpi w mazowieckim stroju ludowym - garniaku i z torbą od laptopa:)

LidKa pisze...

Wyśpij się porządnie, bo jutro znowu musisz pobiegać:*

Hankaskakanka pisze...

DrProctor, dobre :)

Lidko, nawet się udało. Może nie "porządnie", ale nie jest źle ;)

Zielenina pisze...

no właśnie Hanka, Drproctor wie co mówi :D Też mi wyzwanie spać 8h cięgiem, dla mnie ciągłym marzeniem jest przespać 4 ;-) Także nie narzekaj, hihi!

Hankaskakanka pisze...

Jakieś horrory opowiadacie, moi mili.