Po wczorajszej wycieczce i dużym obiedzie roślinno-kaszowym, zebraliśmy się do biegania dopiero późnym popołudniem. Wbiegliśmy do Lasu Kabackiego dobrze po 6-ej. Oj, widać było, że ostatnio solidnie lało i że to właśnie nad południem Warszawy przeszła parę dni wcześniej prawdziwa nawałnica. W rowach i niżej położonych częściach lasu stoi woda, na ścieżkach było kilka wielkich kałuż, które trzeba było omijać wbiegając w krzaki, które, z kolei, pozostawiały ładne wzorki na nogach. W dwóch miejscach omijaliśmy zwalone w poprzek ścieżki drzewa. Poza tym było wspaniale, bo nie za ciepło i nie za zimno i przyjemnie oddychało się zapachem mokrej zieleni.
Za to na polanie od strony Powsina... Setki osób przy ogniskach, grillach, aż siwo od dymu, a leśne powietrze zamienia się w smród zwęglonych kiełbas. Ludzie wynoszą naręcza gałęzi z lasu. Dlaczego nie ma nikogo, kto by tego pilnował? Grand Prix Warszawy musiało wynieść się na Siekierki, ponieważ biegacze przeszkadzali faunie kabackiej. A wieczorne grillowanie, wynoszenie drewna z lasu, dudniące głośniki? To nie przeszkadza?
No nic, wracam do treningu. Zrobiliśmy10 km, w tym 4 x 1500 m w drugim zakresie (z końcówką na początkach trzeciego), z 4-minutowymi przerwami w marszu i truchcie, a na koniec powolne schłodzenie. Bardzo dobrze mi się biegło. Czułam w sobie energię (pewnie z 3-dniowego wyspania) i siłę (możliwe, że po wtorkowej siłowni i środowych dwusetkach).
Dziś znów pospaliśmy jak susły i dopiero około południa dojechaliśmy do ursynowskiego Intersportu, z którego odebraliśmy pakiety startowe na Bieg Ursynowa. Spotkaliśmy biegającego kolegę, który wyraził dogłębne zdumienie porą treningu (należy do osób uważających bieganie po 7 rano za trenowanie w porze obiadowej), po czym dotoczyliśmy się do lasu na wolne wybieganie. Było wolno i niezbyt gorąco, zatem zdecydowaliśmy się na przebiegnięcie ścieżką prowadzącą przez pole od strony Powsina. No i tam nieco nas przypiekło, a w dodatku 2/3 ścieżki prowadzi po suchym, pustynnym piasku. W rezultacie do lasu dobiegłam czując się jak mrożonka w mikrofali. W lesie doszłam do jakiej takiej równowagi dopóki mąż nie wyrwał do przodu, a ja nie postanowiłam go gonić. Po kilkuset metrach zobaczyłam 15 km/h na ekranie pożyczonego od męża Garmina, a mężowa błękitna koszulka nadal stopniowo się oddalała. Wówczas stwierdziłam, że szkoda mojego (ekhm) młodego życia i zwolniłam. W sumie wyszło prawie 12 km (miało być 10, ale kto by liczył).
A w tym tygodniu trzeba będzie przestawić się na bieganie o świcie, bo podobno nadchodzą nieliche upały. To i spać trzeba będzie kłaść się wcześniej. Ech...
niedziela, 6 czerwca 2010
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz