Są takie dni, kiedy wstaję i czuję się jak flak. Niby jestem wyspana, niby nic mi nie jest, a energii po prostu nie ma. Zazwyczaj zdarza się to w dni powszednie (wtedy jednak niezbyt często jestem wyspana), czasem przed treningami szybkościowymi albo przed zawodami.
Wczoraj padłam dobrze przed 10 wieczorem i spałam jak zabita do 7:30. Niby prawie 9 godzin snu, ale jakoś tak... Bez siły, bez mocy. Prysznic, śniadanie, kawa, zebrałam segregator z papierami i pojechałam szlifować ulubiony język. Konwersacje szły lekko, tłumaczenie tekstu nie najgorzej. Wróciłam do domu i zaczęła zżerać mnie trema. Prawie jak przed maturą.
Dotarliśmy na Ursynów, udało nam się nawet zaparkować w miarę blisko mety i poszliśmy w stronę startu, robiąc po drodze około kilometra rozgrzewki. Akurat wyszło słońce i momentalnie zrobiło się bardzo gorąco. Po 200-300 metrach truchtu stwierdziłam proroczo "nic dziś z tego nie będzie", bo nogi ołowiane i w ogóle jakoś tak sennie, a to jest 5 km, więc trzeba od startu do mety kicać równiutko, jeśli chce się walczyć o życiówkę. Nic to. Może na starcie poczuję przypływ adrenaliny i wystarczy mi jej na cały dystans?
Odebraliśmy chipy, ustawiliśmy się na starcie. Ja w sektorze 22:01 - 24:00, mąż jeden sektor wcześniej. Gdzieś zginął mi kolega, który miał biec poniżej 22:30 i za którym chciałam się trzymać w bezpiecznej odległości. Czekam na ten przypływ adrenaliny, czekam. Nic. Stwierdzam, że chce mi się spać.
Bosko.
Strzał. Lecę. Patrzę co jakiś czas na Polar - oj, cieniutko, 4:35, 4:40, 4:43, 4:33. Za wolno, za wolno. Dobrze, że podniosłam wzrok w chwili, kiedy dwie dziewczyny, które widziałam przed sobą w strefie poniżej 22 minut, w tym samym czasie stanęły na środku trasy i rozpoczęły spacer. Na pierwszym kilometrze. Szlag by to trafił - po co są te strefy?
Jakoś udaje mi się nie wpaść na flanujące damy, hamuję, wymijam je i biegnę dalej. Mijam znacznik pierwszego kilometra. Yyyy... 4:43. Trzeba cisnąć. Ale jak tu cisnąć, kiedy nagle uderza wiatr. Prosto w dziób i stawia w miejscu.
Biorę głębszy oddech i zbieram siły do walki z wiatrem, ale Polar pokazuje bezlitośnie, że z tej walki nic konstruktywnego nie wychodzi. Myślę sobie "Hania, przy pływaniu upwind trzeba ostrzyć. No to dawaj! Ostro!". Mijam zakręt, wiatr cichnie i robi mi się okropnie gorąco i duszno. Powietrze stoi, asfalt oddaje słońce, które na niego poświeciło przed startem.
Drugi kilometr - co jest?!! Wydaje mi się, że gnam, a przebiegłam go w 4:50. Na wysokości mety stoi moja mama, która bije brawo i kibicuje. Kochana! Jakoś mobilizuję się do szybszego kroku, ale po chwili czuję, że robi mi się niedobrze, więc przesuwam się bliżej krawędzi jezdni, żeby (w razie czego) nie rzygnąć pod nogi innym biegaczom. Chcę już zejść z trasy, bo biegnę z co raz większym trudem. Głowa ciężka, nogi ciężkie, ręce ciężkie.
Na pewno nie skończę poniżej 23 minut, mam co raz mniejsze szanse na życiówkę. Może chociaż uda mi się dotrzeć do mety w czasie z zeszłego roku? Pocieszam się tylko egoistycznie i sadystycznie, że wyprzedzam kolejne osoby. Możliwe, że nie zwracam uwagi na te, które wyprzedzają mnie, bo po co dodatkowo się frustrować?
Znacznik 3 km. Nie wiem, ile. Na pewno cienko. I duszno. Ach, cudownie! Zaczyna wiać wiatr. Silny, złośliwy, paskudny - znów prosto w twarz. Patrzę na Polara i... COOOO?!! 5:05?! Co to jest?! Półmaraton?! Ostrzę, ale szybciej niż 4:50 nie daję rady, a i tak czuję, że powoli opuszczają mnie resztki sił. 4 km. Jeszcze zakręt, za zakrętem widać metę. Przyspieszam do 4:00 i więcej nie daję rady. Mąż już przybiegł i dopinguje, bo widział, że dogania mnie jakaś kobieta. Trudno. Przegoniła mnie 10 metrów przed metą. Ze złości i frustracji mam ochotę ugryźć ją w tyłek albo w łydkę, ale już wbiegam na metę i wreszcie koniec.
Ile wyszło? Netto coś między 24:02 a 24:07 (nie wiem, czy wyłączyłam Polara odpowiednio szybko), czyli kilka sekund wolniej niż rok temu na tej samej trasie i około 50 sekund słabiej niż na kwietniowym Pucharze Maratonu Warszawskiego. Smutna, rozczarowana i potwornie złomotana zabieram medal, butelkę z wodą i wlokę się w stronę samochodu kolegi, w którym zostawiliśmy rzeczy. Po drodze zgarnia mnie mama, za chwilę dołącza mąż. Ma życiówkę, ale przybiegł ponad 40 sekund wolniej niż planował. Podchodzimy do grupki kolegów - wszyscy wściekli, bo każdy miał co najmniej pół minuty straty w stosunku do zakładanego wyniku.
Zakładam suchą koszulkę, spodnie od dresu, cienką kurtkę, wypijam wodę. Jedziemy do domu na dobry obiad.
Już nie jestem ani zła, ani smutna. Może trochę rozczarowana, ale, jeśli czegokolwiek nauczyłam się z 3 sezonów startów, to na pewno tego, że na dobry wynik składa się tak wiele czynników, że czasem trudno je wszystkie poskładać do kupy. Co dziś zawiodło? Może jestem ogólnie zmęczona i jedna dobrze przespana noc nie pozwoliła mi na regenerację. Pogoda była kiepska, bo albo duszno albo wiatr w twarz. Pora zupełnie nie-biegowa - przynajmniej nie dla mnie. Zdecydowanie lepiej biega mi się rano, a tu ta 1 po południu - ni przypiął, ni przyłatał. Sama już nie wiem.
Za tydzień znów biegnę piątkę i może tam uda mi się powalczyć o lepszy wynik, a ten bieg potraktuję po prostu jako trening w trzecim zakresie. W sumie jestem zadowolona, że nie poddałam się i nie zeszłam z trasy, a było już naprawdę blisko. Widać mam więcej siły, niż się mojej głowie wydaje. Tylko nad tym ostrzeniem jeszcze warto popracować - i na asfalcie i na wodzie.
sobota, 19 czerwca 2010
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
6 komentarzy:
Też niewyspany wystartowałem na 5km i zostałem wyprzedzony przed metą. Wiem, jak się czujesz ;-)
Poważnie - z tą ursynowską 5-tką jest coś nie tak. Czytam Twój wpis i mam przed oczami siebie rok temu: dokładnie takie same odczucia, wiatr prosto w twarz, a przy tym niemożliwie duszno, też miałam niemal nudności na trasie, i też nie mogłam przyspieszyć, bo się prawie dusiłam. A to było rok temu, kiedy byłam w świetnej formie!
Idę o zakład, że za tydzień pójdzie Ci lepiej :)
Tak właśnie chciałem zauważyć, że momentami miałem wątpliwości czy czytam jeszcze dzisiejszy wpis Boba, czy już Twój...
Pora biegu rzeczywiście nieco nieżyciowa. A z pogodą nie wygrasz - jak pewnie pamiętasz też się o tym ostatnio boleśnie przekonałem. I się nie martw się, za tydzień dasz czadu!
PS. Czadu dały też te laski "biegnące" na 22 min - tyle że w drugą stronę dały...
Bob, przeczytałam Twoją relację. Niestety, Twoje tempo jest dla mnie nieosiągalne na dystansie przekraczającym 100 metrów ;)
Midi, w zeszłym roku na Ursynowie wybiegałam wynik o 3 czy 4 sekundy lepszy, niż w tym roku, a w dodatku nie umierałam po drodze. Wystartowałam wtedy z marzeniem "zejść poniżej 25 minut", a samo wyszło 23:58. W tym roku passa się odwróciła, może za rok wróci. Albo za 6 dni ;)
DrProctor, oj, dały, dały. Mąż, startujący ze strefy 20-22, też o mało nie rozpłaszczył się na plecach pary, która po 200 metrach od startu przeszła z galopu w dostojny spacer.
W końcu wynik netto to 24:02. Byłam 31 na ponad 190 kobiet, co mnie bardzo zdziwiło, bo myślałam, że przybiegłam w połowie stawki.
Hej - ja się ustawiłam jedną strefę za Tobą i dobiegłam 1 minutę i 4 sek. po Tobie. Gdybym się lepiej rozejrzała może bym Cię dostrzegła na starcie i przybiła piątkę - byłoby raźniej bo startowałam sama :-) Do zobaczenia na następnych - ja też chyba połknę bakcyla biegów!
Ava, taki tłum był na starcie i jeszcze większość w przydziałowych koszulkach, że trudno było kogokolwiek rozpoznać :) Gratuluję wyniku i cieszę się, że Ci się podobało!
Prześlij komentarz