środa, 30 czerwca 2010

Jak dobrze

Czyli środowy raport z Agrykoli, czyli wreszcie pobiegałam. Co za szczęście, co za ulga!

Kiedy dotarłam pod stadion Legii, termometr pokazywał 30 stopni, a słońce jeszcze nieźle przygrzewało. Najpierw dosyć wolna rozgrzewka wokół kanału, pod górę do Alej Ujazdowskich, zawrotka w stronę Zamku Ujazdowskiego, zbieg do Myśliwieckiej, zawrotka i na stadion. I bierzemy się do roboty: 3 x skip A, 400 metrów raźno (wyszło średnio 4:10 min / km), 3 x skip B, znów 400 m, 3 x skip C, znów 400 m, 3 x z wyciągniętymi ramionami w przód, 400 m, 3 x bieg tyłem, 400 m, ćwiczenia siłowe (np. skakanie na jednej nodze w parach), bieganie po trawie na bosaka i wreszcie rozciąganie. Koniec.

Dotarłam do domu wymęczona, pogryziona przez komary, spocona, głodna i niesamowicie zadowolona z siebie. Może sobie być gorąco, mogą ciąć komary, ale i tak fajnie jest po prostu sobie pobiegać.

2 komentarze:

tete pisze...

Twarda Sztuka z Ciebie ;) Brawooooo !! Co w tym bieganiu jest ? czy to mróz, upał, deszcz, komary, ciemno, zimno, gorąco; a my "latamy i latamy" :)pozdrawiam serdecznie Tomek

Hankaskakanka pisze...

Ot zagadka... Czy to tylko endorfiny, które organizm wytwarza pod wpływem wysiłku? Nie wiem. Jednak na pewno po treningu, choćbym wcześniej była nie wiem jak smutna, zestresowana, wracam z dobrym humorem i samopoczuciem. Pozdrawiam!