Środowy trening na Agrykoli opuściłam, bo źle się czułam i postawiłam na popołudniową drzemkę i rodzinną kolację. Chciałam nawet pobiegać dziś rano, ale jeszcze wieczorem zaczął padać deszcz. Postanowiłam nie robić sobie złudzeń co do zmiany pogody na lepsze do 5 rano i nastawiłam budzik na 7, dzięki czemu złapałam prawie 9 godzin snu (ha, gonię Paulę R.!). Po pracy wybrałam się na siłownię, z zamiarem odrobienia godziny treningu siłowego i przebiegnięcia kilku kilometrów na bieżni. Zrobiłam kilometrową rozgrzewkę, po niej były ćwiczenia typu martwy ciąg, stanie na jednej nodze na odwróconej piłce bosu (genialne na ćwiczenie równowagi i stabilizacji, a ile przy tym zabawy!), rozpiętki, jakieś inne ćwiczenia na plecy, obręcz barkową i brzuch, rozciąganie.
Przez chwilę jeszcze zastanawiałam się, czy nie wejść na bieżnię, ale przypomniałam sobie, że w domu czeka ostatni pęczek szparagów...
I skończyło się na szparagach na parze i jajku sadzonym. Na deser garść orzechów i suszone morele. Życie potrafi być całkiem przyjemne, nawet jeśli za oknem mamy listopad.
W takim razie idę dalej gonić Paulę R., licząc na ładny wynik wypracowany solidną regeneracją.
2 komentarze:
Haniu, życzę ci żebyś dogoniła Paulę - dobrze Ci to zrobi - trzeba słuchać swojego organizmu;)
Oj, trzeba, trzeba :-*
Prześlij komentarz