Pisałam już, że planowaliśmy wyjazd nad Zatokę, a plany zmieniliśmy, kiedy okazało się, że nie będzie wiatru. I dobrze się stało, bo długi weekend w pustej Warszawie ma wiele uroku. Jest cicho, bo samochody stoją w korkach gdzie indziej, oddycha się świeższym niż na co dzień powietrzem, na ulicach widać więcej spacerowiczów niż zaganianych przechodniów. Można się wyspać, można pójść do kina albo na miejską wycieczkę. Albo zrobić to wszystko i jeszcze więcej.
W kinie byliśmy na "Wideokracji" Erika Gandiniego, czyli filmie dokumentalnym o przemianach we włoskiej kulturze i włoskim społeczeństwie, dokonujących się pod wpływem telewizji, której 90% należy do Berlusconiego. Film objaśnia m.in. fenomen veliny, wyśnionej kariery dla wielu włoskich dziewczyn, pokazuje króla włoskich paparazzi (obecnie odsiadującego kilkuletni wyrok za szantaże i wymuszenia), przedstawia młodego chłopaka - tokarza, który chce zaistnieć w telewizji lub w kinie jako skrzyżowanie Van Damme'a i Ricky'ego Martina, zaznajamia z bajecznie bogatym agentem, zajmującym się promowaniem talentów w telewizji Berlusconiego.
Przed filmem, siedzieliśmy ze znajomymi przed wejściem do Kinoteki i obserwowaliśmy nadciągającą burzę.
Jeśli jeszcze zdążymy, może wybierzemy się na "Samotnego mężczyznę" Toma Forda.
Jeśli chodzi o wycieczki, dziś wybraliśmy się na jedną z organizowanych w ramach uwalniania przestrzeni, akcji, dzięki której można zwiedzić niedostępne zazwyczaj dla publiczności miejsca w Warszawie. Zdecydowałam się na biurowiec Rondo 1, licząc na ładną pogodę i widoki. Cała wycieczka trwała 30 minut i w jej trakcie obejrzeliśmy jedno z typowych pięter biurowych (ile wspomnień z korporacyjnej przeszłości ;)), widok z 26, 37 i 39 piętra i przeszliśmy się po technicznej części dachu. Widoki rzeczywiście były oszałamiające, tylko szkoda, że zdjęcia, robione przez szybę, pokazują nie tylko panoramę miasta, ale i to, co w szybie się odbiło. Dobra, niech będzie, że to zamierzone efekty specjalne.
No i chyba czas najwyższy, żeby trochę pobiegać...
5 komentarzy:
I z bieganiem nie jest już tak zielono w tym przypiekającym słoneczku;) No chyba, że ktoś lubi - historia zna takie przypadki...
Super fotki - też mi się zachciało wleźć na jakiś chmurdrapacz, wbrew lękowi wysokości, na który napadowo zdarza mi się cierpieć...
Drproctor - bo to trzeba rano wychodzić, zanim przypieknie :) Bardzo lubię takie letnie bieganie, powietrze inaczej pachnie o 6-ej rano...
DrProctor, i wczoraj i dzisiaj w lesie było bardzo przyjemnie (gorzej na otwartej przestrzeni), ale będę musiała znów przestawić się na miejskie bieganie o 6-ej, jak pisze Midi, bo do lasu na co dzień mam za daleko.
Midi, ja też miewam napadowy lęk przestrzeni, ale zniosłam dzielnie nawet jazdę odrzutową windą panoramiczną (podobno mknie z prędkością 5 m/s). Widoki rekompensowały wszystko :)
Dziś wieczorem w Lesie Marcelińskim też było bardzo przyjemnie. Pomijając rozgrzewkę, gdy komary mnie zjadały kawałek po kawałku.
A bieganie o 6 rano? Nie przepadam za rannym bieganiem, ale może w końcu się przełamię...
Zimą myślę sobie, jak przyjemnie będzie robić rozciąganie na świeżym powietrzu, a latem i tak rozciągam się w domu, bo komary nie dają żyć ;)
Poranne bieganie lubię, ale nie lubię rano wstawać, a jakoś jedno od drugiego jest zależne. Hm.
Prześlij komentarz