czwartek, 6 maja 2010

Jak hartowała się życiówka cz. II

Pierwszy odcinek skończył się na biegu w poziomie, piknikowej atmosferze i ogólnej euforii. No cóż - przyjemnie biegnie się w tempie maratońskim w pięknych okolicznościach przyrody i niepowtarzalnych. Kiedyś jednak miły etap maratonu ustępuje piekielnemu wysiłkowi, podczas którego nachodzą mnie różne filozoficzne zagadnienia typu "Po co mi to?".

Zaczęło się od podbiegu po wiadukcie nad kanałem czy polną drogą. Potem był drugi wiadukt i wybiegliśmy z prowincji Gorycji, a wbiegliśmy do prowincji Triestu. I wtedy zaczęła się seria kilku podbiegów i zbiegów. Phi! Cały czas trzymałam się za zającami, którzy co raz częściej patrzyli do tyłu na swoje topniejące stadko. Aż wreszcie minęliśmy 19 km i zaczął się podbieg-monstrum. Początkowo wyglądał niewinnie, ale po 2 kilometrach już wiedziałam, że mam do czynienia z podstępnym mordercą mięśni czworogłowych i wampirem energetycznym. Wbiegliśmy do Duino, miasteczku, z którego startował półmaraton i tam właśnie po raz pierwszy zatrzymałam się, oznajmiając mężowi, że muszę przejść choć kilka metrów - do tego znaku z ciężarówką. Od znaku ruszyłam. Dobiegliśmy do bramy zamku i skręciliśmy w stronę Triestu. Minęliśmy miejscową orkiestrę dętą, grupkę kibiców. A baloniki z napisem "4:00" oddaliły się od nas... Poczułam falę złości i żalu - znowu?! Znowu zgubiłam te swoje 4 godziny?! Znowu będę czołgać się do mety, przeklinając godzinę, w której zapisałam się na maraton?! Znowu będzie jak w Poznaniu?! O NIE!!

Zmotywowana przez męża ("Kotku, zobacz - za tym zakrętem już będzie płasko!") ruszyłam trochę raźniej, wypatrując znaczka 25 km, który oznaczałby koniec podbiegu. W międzyczasie mój organizm przefiltrował wodę i mrożoną herbatę, pite przy punktach odżywczych i zaczęłam rozglądać się za toi-toiem. Trochę bez sensu, bo przez ponad 20 km nie widziałam żadnego. Przyciśnięta potrzebą, przeskoczyłam przez barierkę oddzielającą drogę od skalnego urwiska kończącego się w Adriatyku i schowałam się za gęstym cyprysem. Całkiem rozkoszna była ta mała chwila z widokiem na morze.

No dobrze, hop przez barierkę i wracamy na trasę. 24 km, 25 km - punkt odżywiania, na którym łapię banana, dwie cząstki cytryny i mrożoną herbatę. Chwila marszu, którą poświęcam na cieszenie się z końca podbiegu i połknięcie łupów i zbiegam. Jak przyjemnie - nogi same niosą, ale baloniki już uciekły i raczej ich nie dogonię. A może? Na razie rozglądam się - po lewej stronie skały, po prawej morze, a od niego rześki oddech. Wspaniale. I cały czas z górki. Piękny widok na Miramare i cypel z białym zamkiem.

30 km. Kolejny punkt odżywiania - cytryny, woda. Te cytryny działają naprawdę orzeźwiająco i pozwalają odmulić się po żelach energetycznych, słodkich napojach i łykanych wcześniej kostkach cukru. Wewnętrzny hipochondryk wypatruje zbliżającej się ściany, ale nic takiego się nie dzieje. Tylko kolana coś bolą i dwugłowe ciągną od tego nieustającego zbiegania.

35 km. Mówię do siebie "Dobrze, dobrze, może jeszcze urwiesz choć sekundę z 4 godzin". Mijamy maszerujących uczestników Bavisela Non Competitiva, czyli 7-kilometrowego biegu towarzyszącego. Dwóch z nich, ewidentnie umilających sobie trasę w kolejnych barach, właśnie wychodzi z następnego z piwem. Chętnie bym im je zabrała i położyła się w trawie pod platanami. Na szczęście zbieg już się skończył i jest płasko.

38 km. No i zaczęło się... Każda kaloria wydatkowana na podbiegu, wydaje się wracać i kraść 5 następnych. Czuję jak ucieka ze mnie energia, bolą kolana, dwugłowe, łydki, ramiona. Zwalniam do marszu. Zające dawno uciekły, a teraz widzę jak ucieka mąż. Zaczyna mi się marzyć lemoniada, dużo chłodnej, kwaśnej lemoniady. I jeszcze, żeby się położyć i nie ruszać nogami.

Trochę idę, trochę podbiegam. 39 km. Przed 40 km widzę, że mąż staje. Dobiegam do niego - boli go łydka. Nie wie, czy będzie w stanie biec dalej. Ale ja w tym momencie zdaję sobie sprawę, że pobiegnę i to najszybciej jak się da. Mówię do męża, żeby sobie powtarzał zaklęcie naszego biegającego kolegi (nie powtórzę go, bo jest bardzo niecenzuralne), a za chwilę będziemy na mecie. A tam będzie lemoniada, piwo, makaron - wszelkie dobra tego świata. Z naprzeciwka idzie uchachany maratończyk, który pewnie przybiegł na 3:00 i woła do nas, żebyśmy biegli dalej, bo jeszcze 5 minut i będziemy na una piazza climatizzata. Żartowniś.

Biegniemy. Mąż chyba powtarza sobie to zaklęcie, bo wydaje dziwne dźwięki. Przyspieszam co raz bardziej, bo już blisko. Mijamy Piazza della Liberta', z którego odjeżdżaliśmy rano. Co raz więcej kibiców. Jakaś pani krzyczy do mnie "Dai! Bravissima!!". Jeszcze 500 metrów. Wreszcie widzę skręt na Piazza Unita' d'Italia. Mąż dostaje zwyczajowego szwungu na widok mety i macha do mnie, żebym biegła jeszcze szybciej. Jeszcze?! Mąż wrzuca 5 bieg i leci szalonym sprintem, jakby nie miał ponad 42 km w nogach i tej bolącej łydki. No to i ja się mobilizuję. Zakręt, biegniemy po łuku i już widzę metę - 50 metrów, łapiemy się za ręce, 30, 20, 10 i... JEST!!!! Wbiegamy na linię mety, gdy zegar pokazuje 4:02 z groszami.

Jestem tak szczęśliwa, że mam ochotę uściskać dzieciaka dającego mi medal i mamrocącego "Complimenti". Udało się - nie padłam, nie poddałam się, nie porzygałam, nie odezwało się zwichrowane biodro.

Udaje mi się odnaleźć namiot, w którym zabieram kubek z zieloną herbatą, butelkę wody, parę cząstek jabłka i dużo cytryn. Siadamy na krawężniku, odgarniając nogami śmieci i rzucamy się na wszystkie wiktuały. Jak dobrze... Robi się trochę chłodno, więc odbieramy rzeczy z depozytu i ubieramy się cieplej. Kupuję sobie wymarzoną lemoniadę, a miłe dziewczyny ze stoiska gratulują nam serdecznie. Jeszcze raz siadamy na krawężniku i rozkoszuję się lemoniadą, tym, że nie biegnę. Widzę naszych współtowarzyszy z autobusu - tych, co biegli na 3:70 - uśmiechamy się do siebie. W końcu decydujemy się z mężem na wycieczkę na pasta party, na którym zjadamy po przydziałowej porcji makaronu w sosie pomidorowym, chleb i wypijamy piwo. Zaczyna siąpić drobny deszczyk, więc wleczemy się, noga za nogą do hotelu. Tam wypijam mleko sojowe, zjadam kilka herbatników, biorę prysznic i idę spać. Zasypiam w mgnieniu oka, w poczuciu dobrze spełnionego obowiązku. Jestem brava. Może nawet bravissima :)



4 komentarze:

drproctor pisze...

No masz, a ja narzekałem, że w Krakowie toi-toiki tak rzadko rozstawione, bo co 5 km... W każdym bądź razie serdecznie gratuluję! Zrobiłaś to - wybiegałaś swoje 3:62;) Do zobaczenia na trasie innych maratonów:)

Hankaskakanka pisze...

Zachęcam do przyjazdu do Warszawy - toi-toiek ile dusza zapragnie, trasa płaska. Fajnie jest :)
3:62 brzmi dumnie :)

Unknown pisze...

do tej pory wzruszałam się oglądając filmy o zwierzątkach, dziś wzruszyłam się czytając Twoją relację... Coraz bardziej się starzeję ;D

Haniu GTARUTLUJĘ i jestem pod nieustającym wrażeniem.
Ściskam :*

Hankaskakanka pisze...

Anoushko, :-*