niedziela, 23 maja 2010

Burza w saunie

Bardzo skoro świt dziś wstałam, ale nie po to, żeby biegać. Przynajmniej nie od razu.

No i tak się złożyło, że do lasu dojechaliśmy dopiero po 12, dzięki czemu nasze wolne wybieganie polegało na prowadzeniu slalomu pomiędzy rowerami i wózkami. Ale i tak było fajnie, bo bardzo zielono - ogromna różnica w porównaniu z wiosennym lasem sprzed 2 tygodni. Teraz miałam wrażenie, jakby ktoś dosadził nowe drzewa i krzaki. Szkoda tylko, że albo przegapiłam kwitnienie kabackich konwalii, albo ktoś je wszystkie zerwał. Wolę wierzyć, że zdarzyło się to pierwsze.

Biegliśmy sobie powolutku, ptaki śpiewały jak szalone, powietrze pięknie pachniało mokrą zielenią, aż w pewnym momencie zaczęło mi się robić gorąco i co z co raz większym trudem łapałam oddech. Nawet tętno skoczyło o 5-6 uderzeń. Zanim zapytałam wewnętrznego hipochondryka o diagnozę, mąż stwierdził, że mu duszno i gorąco, co uspokoiło moje przypuszczenia o nadchodzącym nieszczęściu zdrowotnym typu omdlenie, serce (zdrowe jak dzwon, ale co szkodzi się pomartwić) lub inne. Chwilę później usłyszałam pierwszy grzmot. Potem drzewa przerzedziły się na tyle, że mogłam zobaczyć nadciągające chmury w kolorze eeee... nazwijmy go grafitowym. Drugi grzmot - jakby coś przetaczało się po niebie. A przed nami jeszcze co najmniej 3 kilometry do samochodu. Ociupinkę przyspieszyliśmy, gdy zaszło słońce. Zrobiło się jeszcze bardziej duszno i gorąco, poczułam jak głowa pod włosami robi mi się zupełnie mokra, a koszulka przylepia do pleców. Kolejny grzmot, który sprawił, że wyrwałam ostrzejszym tempem i ostatni kilometr przebiegłam w 4:30-4:40. Nie było to łatwe, bo powietrza już w zasadzie nie było i miałam wrażenie, że biegnę w saunie parowej.

Akurat w chwili, w której dopadliśmy samochodu, zaparkowanego przy jednej z uliczek odchodzących od Moczydłowskiej, spadły pierwsze krople deszczu. Były wielkie i ciepłe, co nie wróżyło delikatnego kapuśniaczku, tylko prawdziwy burzowy prysznic. Zdążyliśmy tylko wyciągnąć torbę z bagażnika i wskoczyć do samochodu, gdy wróżba się spełniła i lunęło na dobre.

Mieliśmy dużo szczęścia, że zdążyliśmy przedreptać przydziałowe 11 km.

3 komentarze:

quinoamatorka pisze...

Bardzo obrazowa relacja :) Patrząc jak leje cieszyłam się, że jednak nie wskoczyłam na rower i zastanawiałam się, w którym lesie Wy mokniecie :)

drproctor pisze...

Burza - najlepszy element motywujący... do szybszego biegu;)

Hankaskakanka pisze...

Quino, byliśmy w lesie kabackim, bo znajomi donieśli, że jest w nim stosunkowo sucho :)

DrProctor, oj tak!