Dobrą wiadomość uczciłam wycieczką na siłownię. Potruchtałam najpierw z oszałamiającą prędkością 6:15 min/ km i zakończyłam rozgrzewkę sprintem (czytaj: 6 min / km). Jeden kilometr na bieżni, w suchym powietrzu i przy dudniącej muzyce, a tyle radości co z wolnego wybiegania po lesie. Nogi zostały potraktowane w miarę łagodnie, lecz góra dostała ostrą szkołę. W nocy spałam jak anioł.
Dzisiejszy trening klubowy został odwołany z powodu nieprzyjaznej temperatury i jeszcze mniej przyjaznego wiatru. Cóż zrobić. Chwila wahania - tłuczenie kilometrów na bieżni? Nieeeee... W drodze powrotnej do domu urządziłam sobie marszobieg ze stacji metra, przeklinając w duchu własną nieroztropność w wyborze czapki - zamiast wybrać tę najcieplejszą, z polarową wyściółką i optymistycznym bąbelkiem, wystroiłam się w zwykłą wełnianą skarpetę, przez którą syberyjskie powiewy wwiercały się do środka mojej czaszki. Co tu dużo kryć - wiatr hulał mi w głowie.
W domu najpierw reanimowałam się herbatą z cytryną, imbirem i miodem lipowym (przeczytałam gdzieś, że jest szczególnie zalecany przy kłopotach z przewlekłymi stanami zapalnymi zatok), a potem wyciągnęłam matę do ćwiczeń, wyturlałam piłkę (fit-ball), przebrałam się w dres i poprowadziłam lekcję wuefu dla samej siebie. Trochę ćwiczeń na brzuch, trochę ćwiczeń na zadek, sprawność krótkiej stopy i rozciąganie wszystkiego, co tylko można. Przyjemne 30 minut, czyli 2/3 godziny lekcyjnej, czyli domowa metoda na radzenie sobie z szukaniem zamiennika biegania.Choć bardzo za nim tęsknię i już mi wolno, nie chcę wracać do rytmu treningowego zaczynając od walki z kilkunastostopniowym mrozem, ciemnościami (trening w świetle dziennym wchodzi w rachubę tylko w weekendy), zaśnieżonymi chodnikami i wiatrem polarnym. Po co, skoro mogę korzystać z dobrodziejstw okresu roztrenowania i popracować nad tym, na co za dwa, trzy miesiące pewnie nie znajdę czasu.
A propos treningów zimowych, w komentarzach do jednego z postów Zinowa, znalazłam link do bardzo ciekawego postu z bloga Marcina Nagórka. Czytałam i kiwałam głową: tak, tak, zgadzam się, aha. Oto, moim zdaniem, fragment, który trafia w sedno sprawy:
"Mój sposób na tegoroczną zimę jest prosty. Przede wszystkim założyłem, że nie walczę z pogodą. Z nią nie wygrał ani Bonaparte, ani Hitler, więc moje szanse nie wyglądają zbyt dobrze. Dlatego postanowiłem się dostosować. Zeszły tydzień był tego doskonałym przykładem. We wtorek, środę i czwartek bez przerwy lało, non stop. Normalnie bym pomstował i biegał, moknąc i marznąc. Ani bym nie zrobił dobrego treningu, ani nie miał z tego wielkiej satysfakcji. Wybrałem więc odpoczynek. I na tym polega moje dostosowanie. Nie da się biegać szybko? Biegam wolno. Nie da się biec daleko? Biegam blisko i krótko. Nie da się biegać w ogóle? To nie biegam.
Można powiedzieć, że trenuję zgodnie z rytmem natury. Mam ogólne założenia, dotyczące rodzaju treningu, jaki w danym okresie powinienem wykonać oraz konkretnych bodźców. Jeśli trafi się okazja, to je realizuję. Cały czas jednak mam przed oczami cel - w jakim stanie chciałbym skończyć zimę? W jakim stanie chciałbym się widzieć na początku marca? Otóż najlepiej, żebym był szybki, silny, wytrzymały i sprawny - i w tym kierunku działam, biorąc pod uwagę to, co działa na mnie najlepiej. Porzuciłem wszelkie myśli o tym, że mam zrobić dokładnie to i to, w takiej a takiej ilości. To prowadzi tyko do wściekłości, gdy się nie uda. Dlatego robię to, co mogę i ani kawałka więcej. Skupiam się na powolnym progresie, intensywnej regeneracji oraz unikaniu wszelkich chorób i nieszczęść, które działają dołująco na formę."
Ano właśnie.
Z kolei, gdyby ktoś miał ochotę poczytać o zimowych ubraniach, polecam ten artykuł z bieganie.pl. Moje zwierzenia zmarźlaka zostały zeszłej zimy zweryfikowane - bieganie w temperaturach poniżej -10 jest do przeżycia, warto jednak zastanowić się, czy ma wówczas sens bieganie szybszych odcinków i łykanie mroźnego powietrza paszczą. Sama raczej rezygnowałam z szybszych bądź dłuższych wybiegań w warunkach ekstremalnych (np. wtedy albo wtedy). Jeden czy dwa treningi do tyłu to naprawdę nie taka katastrofa, jaką może okazać się zapalenie oskrzeli z kuracją antybiotykową.
Hm... Chyba napiszę list do św. Mikołaja z prośbą o stuptuty i ortalionowe spodnie od dresu (aha). Gdyby święty wpadł w nastrój szczodry, będę wdzięczna za spodnie goretexowe. Z góry dziękuję i obiecuję, że będę a konto tych prezentów wystarczająco grzeczna. A konto goretexu, oczywiście, bardziej.
I jeszcze zdjęcie poniedziałkowego kataklizmu śnieżnego i wielce wymownego znaku.
I jeszcze zdjęcie poniedziałkowego kataklizmu śnieżnego i wielce wymownego znaku.
Tak, to koniec leniuchowania, szarej strefy i bumelanctwa. Przechodzimy do fazy małej stabilizacji.
4 komentarze:
Do biegania goretexowe to chyba nie bardzo, goretex ma słabą wentylację, będzie Ci się wszystko lepiło od potu (no może nie wszystko, ale nogi na pewno :))
Wypróbuj kalesony z merynosa i na to ortalion, to chyba najlepszy wariant zimowy.
Midi, dzięki - dobrze wiedzieć. W takim razie nie będę naciągała św. Mikołaja na drogie tkaniny techniczne ;) Myślałam o goreteksie, bo dobrze biega mi się zimą w wiatrówce z tej tkaniny. Fakt, że nie wentyluje, ale za to świetnie chroni przed padającym śniegiem, śniegiem z deszczem i mroźnym wiatrem.
Post scriptum do wczorajszego wpisu: dziś był taki tłok w metrze, że nie miałam czego się trzymać, więc ćwiczyłam stabilizację. Po wyjściu z metra, okazało się, że nie kursują tramwaje. No i nadarzyła się okazja do marszobiegu przez śnieg :)
Taka grzeczna Dziewczynka na pewno może liczyć na szczodrość Mikołaja :)
dziś był "wysyp" *biegaczy* hi hi hi za środkami komunikacji miejskiej;)
Oj tak, pozasypywało zwrotnice, więc biegało się po szlakach tramwajowych ;)
Prześlij komentarz