środa, 1 grudnia 2010

Mała stabilizacja

Wygląda na to, że łydka doszła do siebie, co oznacza, że mogę wracać do ćwiczeń i biegania, byle tylko nie od razu rzucać się na długie wycieczki po zaspach. Do zabaw ze sztangą dobrze by było również wracać stopniowo. Hura! Cytując panią A.D. "będzie znów można zacząć żyć po bożemu".

Dobrą wiadomość uczciłam wycieczką na siłownię. Potruchtałam najpierw z oszałamiającą prędkością 6:15 min/ km i zakończyłam rozgrzewkę sprintem (czytaj: 6 min / km). Jeden kilometr na bieżni, w suchym powietrzu i przy dudniącej muzyce, a tyle radości co z wolnego wybiegania po lesie. Nogi zostały potraktowane w miarę łagodnie, lecz góra dostała ostrą szkołę. W nocy spałam jak anioł.

Dzisiejszy trening klubowy został odwołany z powodu nieprzyjaznej temperatury i jeszcze mniej przyjaznego wiatru. Cóż zrobić. Chwila wahania - tłuczenie kilometrów na bieżni? Nieeeee... W drodze powrotnej do domu urządziłam sobie marszobieg ze stacji metra, przeklinając w duchu własną nieroztropność w wyborze czapki - zamiast wybrać tę najcieplejszą, z polarową wyściółką i optymistycznym bąbelkiem, wystroiłam się w zwykłą wełnianą skarpetę, przez którą syberyjskie powiewy wwiercały się do środka mojej czaszki. Co tu dużo kryć -  wiatr hulał mi w głowie.

W domu najpierw reanimowałam się herbatą z cytryną, imbirem i miodem lipowym (przeczytałam gdzieś, że jest szczególnie zalecany przy kłopotach z przewlekłymi stanami zapalnymi zatok), a potem wyciągnęłam matę do ćwiczeń, wyturlałam piłkę (fit-ball), przebrałam się w dres i poprowadziłam lekcję wuefu dla samej siebie. Trochę ćwiczeń na brzuch, trochę ćwiczeń na zadek, sprawność krótkiej stopy i rozciąganie wszystkiego, co tylko można. Przyjemne 30 minut, czyli 2/3 godziny lekcyjnej, czyli domowa metoda na radzenie sobie z szukaniem zamiennika biegania.Choć bardzo za nim tęsknię i już mi wolno, nie chcę wracać do rytmu treningowego zaczynając od walki z kilkunastostopniowym mrozem, ciemnościami (trening w świetle dziennym wchodzi w rachubę tylko w weekendy), zaśnieżonymi chodnikami i wiatrem polarnym. Po co, skoro mogę korzystać z dobrodziejstw okresu roztrenowania i popracować nad tym, na co za dwa, trzy miesiące pewnie nie znajdę czasu.

A propos treningów zimowych, w komentarzach do jednego z postów Zinowa, znalazłam link do bardzo ciekawego postu z bloga Marcina Nagórka. Czytałam i kiwałam głową: tak, tak, zgadzam się, aha. Oto, moim zdaniem, fragment, który trafia w sedno sprawy:

"Mój sposób na tegoroczną zimę jest prosty. Przede wszystkim założyłem, że nie walczę z pogodą. Z nią nie wygrał ani Bonaparte, ani Hitler, więc moje szanse nie wyglądają zbyt dobrze. Dlatego postanowiłem się dostosować. Zeszły tydzień był tego doskonałym przykładem. We wtorek, środę i czwartek bez przerwy lało, non stop. Normalnie bym pomstował i biegał, moknąc i marznąc. Ani bym nie zrobił dobrego treningu, ani nie miał z tego wielkiej satysfakcji. Wybrałem więc odpoczynek. I na tym polega moje dostosowanie. Nie da się biegać szybko? Biegam wolno. Nie da się biec daleko? Biegam blisko i krótko. Nie da się biegać w ogóle? To nie biegam.

Można powiedzieć, że trenuję zgodnie z rytmem natury. Mam ogólne założenia, dotyczące rodzaju treningu, jaki w danym okresie powinienem wykonać oraz konkretnych bodźców. Jeśli trafi się okazja, to je realizuję. Cały czas jednak mam przed oczami cel - w jakim stanie chciałbym skończyć zimę? W jakim stanie chciałbym się widzieć na początku marca? Otóż najlepiej, żebym był szybki, silny, wytrzymały i sprawny - i w tym kierunku działam, biorąc pod uwagę to, co działa na mnie najlepiej. Porzuciłem wszelkie myśli o tym, że mam zrobić dokładnie to i to, w takiej a takiej ilości. To prowadzi tyko do wściekłości, gdy się nie uda. Dlatego robię to, co mogę i ani kawałka więcej. Skupiam się na powolnym progresie, intensywnej regeneracji oraz unikaniu wszelkich chorób i nieszczęść, które działają dołująco na formę."

Ano właśnie.

Z kolei, gdyby ktoś miał ochotę poczytać o zimowych ubraniach, polecam ten artykuł z bieganie.pl. Moje zwierzenia zmarźlaka zostały zeszłej zimy zweryfikowane - bieganie w temperaturach poniżej -10 jest do przeżycia, warto jednak zastanowić się, czy ma wówczas sens bieganie szybszych odcinków i łykanie mroźnego powietrza paszczą. Sama raczej rezygnowałam z szybszych bądź dłuższych wybiegań w warunkach ekstremalnych (np. wtedy albo wtedy). Jeden czy dwa treningi do tyłu to naprawdę nie taka katastrofa, jaką może okazać się zapalenie oskrzeli z kuracją antybiotykową.

Hm... Chyba napiszę list do św. Mikołaja z prośbą o stuptuty i ortalionowe spodnie od dresu (aha). Gdyby święty wpadł w nastrój szczodry, będę wdzięczna za spodnie goretexowe. Z góry dziękuję i obiecuję, że będę a konto tych prezentów wystarczająco grzeczna. A konto goretexu, oczywiście, bardziej. 

I jeszcze zdjęcie poniedziałkowego kataklizmu śnieżnego i wielce wymownego znaku.


Tak, to koniec leniuchowania, szarej strefy i bumelanctwa. Przechodzimy do fazy małej stabilizacji. 

4 komentarze:

Midi pisze...

Do biegania goretexowe to chyba nie bardzo, goretex ma słabą wentylację, będzie Ci się wszystko lepiło od potu (no może nie wszystko, ale nogi na pewno :))
Wypróbuj kalesony z merynosa i na to ortalion, to chyba najlepszy wariant zimowy.

Hankaskakanka pisze...

Midi, dzięki - dobrze wiedzieć. W takim razie nie będę naciągała św. Mikołaja na drogie tkaniny techniczne ;) Myślałam o goreteksie, bo dobrze biega mi się zimą w wiatrówce z tej tkaniny. Fakt, że nie wentyluje, ale za to świetnie chroni przed padającym śniegiem, śniegiem z deszczem i mroźnym wiatrem.

Post scriptum do wczorajszego wpisu: dziś był taki tłok w metrze, że nie miałam czego się trzymać, więc ćwiczyłam stabilizację. Po wyjściu z metra, okazało się, że nie kursują tramwaje. No i nadarzyła się okazja do marszobiegu przez śnieg :)

tete pisze...

Taka grzeczna Dziewczynka na pewno może liczyć na szczodrość Mikołaja :)
dziś był "wysyp" *biegaczy* hi hi hi za środkami komunikacji miejskiej;)

Hankaskakanka pisze...

Oj tak, pozasypywało zwrotnice, więc biegało się po szlakach tramwajowych ;)