niedziela, 24 stycznia 2010

Yeeeesh!

Czytaj: jiiiiiiiiiiisz! Cytat z Luli i Stephanie Plum, bohaterek lekkich i zabawnych kryminałków (zawahałam się przed napisaniem "kryminałów") autorstwa Janet Evanovich. Żadna wielka literatura, ale miłe i śmieszne czytadło. Lula i Stephanie krzyczą lub wzdychają "Yeeeeesh!", gdy sytuacja je przerasta. Tak było dziś i ze mną.

Wyznam, jak na spowiedzi, że piątkowego treningu w sobotę nie odrobiłam. Rano było za zimno, dopadł mnie syndrom "jeszczepięciuminutek" po pierwszym ostrzeżeniu ze strony budzika, później doszkalałam się, a konwersacje w ulubionym języku niebezpiecznie zaostrzyły mi apetyt na węglowodany, które, zgodnie ze stanowczym życzeniem męża, przybrały formę domowej pizzy z sosem pomidorowym, czosnkiem, peperoncino, oregano i mozarellą. A później zrobiło się jakoś błogo, następnie ciemno i... już trzeba było zbierać się na obchody Dnia Babci, zwłaszcza że babcia kusiła obietnicą jajek faszerowanych. I tak, planowe 8 kilometrów odpłynęło w siną dal.

Trudno.

W związku z piątkowo-sobotnim bumelanctwem, trzeba było ruszyć w trasę dzisiaj, choć mróz dawał do wiwatu i straciłam pomysły na to, co założyć, żeby ani nie zmarznąć ani się nie spocić. W końcu stanęło na: kalesonach narciarskich i ocieplanych legginsach, na które jeszcze założyłam krótkie spodenki, żeby nie odmrozić sobie czterech liter. Na górę trafił podkoszulek termalny z długimi rękawami, ocieplana bluzka do biegania z długimi rękawami i bluza softshell. Do tego szalik polarowy, buff, czapka, cienkie rękawiczki i pożyczone od męża rękawice z odpinaną nakładką na palce. Było idealnie - biegłam jak w ciepłej bańce i patrzyłam z niedowierzaniem na panie w futrach do ziemi. Wybraliśmy trasę turystyczną, m.in. przez Park Krasińskich, w którym dawno nie byłam, a który ma wiele uroku.






Niestety nie wiem, z jaką prędkością biegłam, ponieważ tym razem bateria padła w tzw. footpodzie czyli małym urządzeniu, które przyczepiam do buta i które mierzy odległość oraz prędkość. A pulsometr zwariował i pokazywał, że biegnę cały czas na granicy drugiego i trzeciego zakresu. W domu okazało się, że wymiana baterii w Polarze, spowodowała utratę części wpisanych danych, m.in. tętna maksymalnego, stąd przedziwne pomiary. Według obliczeń mężowego Garmina, przebiegliśmy 8 km.

Jak się biega w trzaskającym mrozie? Zaskakująco dobrze, ale czuję się dziwnie zmęczona i, na wszelki wypadek, łyknę na noc aspirynę.

Konkluzja? Niechże ten mróz się skończy. Bo już naprawdę... yeeeesh!

1 komentarz:

stas pisze...

Dopóki świeci słońce nie jest tak źle ;-)