Czytaj: jiiiiiiiiiiisz! Cytat z Luli i Stephanie Plum, bohaterek lekkich i zabawnych kryminałków (zawahałam się przed napisaniem "kryminałów") autorstwa Janet Evanovich. Żadna wielka literatura, ale miłe i śmieszne czytadło. Lula i Stephanie krzyczą lub wzdychają "Yeeeeesh!", gdy sytuacja je przerasta. Tak było dziś i ze mną.
Wyznam, jak na spowiedzi, że piątkowego treningu w sobotę nie odrobiłam. Rano było za zimno, dopadł mnie syndrom "jeszczepięciuminutek" po pierwszym ostrzeżeniu ze strony budzika, później doszkalałam się, a konwersacje w ulubionym języku niebezpiecznie zaostrzyły mi apetyt na węglowodany, które, zgodnie ze stanowczym życzeniem męża, przybrały formę domowej pizzy z sosem pomidorowym, czosnkiem, peperoncino, oregano i mozarellą. A później zrobiło się jakoś błogo, następnie ciemno i... już trzeba było zbierać się na obchody Dnia Babci, zwłaszcza że babcia kusiła obietnicą jajek faszerowanych. I tak, planowe 8 kilometrów odpłynęło w siną dal.
Trudno.
W związku z piątkowo-sobotnim bumelanctwem, trzeba było ruszyć w trasę dzisiaj, choć mróz dawał do wiwatu i straciłam pomysły na to, co założyć, żeby ani nie zmarznąć ani się nie spocić. W końcu stanęło na: kalesonach narciarskich i ocieplanych legginsach, na które jeszcze założyłam krótkie spodenki, żeby nie odmrozić sobie czterech liter. Na górę trafił podkoszulek termalny z długimi rękawami, ocieplana bluzka do biegania z długimi rękawami i bluza softshell. Do tego szalik polarowy, buff, czapka, cienkie rękawiczki i pożyczone od męża rękawice z odpinaną nakładką na palce. Było idealnie - biegłam jak w ciepłej bańce i patrzyłam z niedowierzaniem na panie w futrach do ziemi. Wybraliśmy trasę turystyczną, m.in. przez Park Krasińskich, w którym dawno nie byłam, a który ma wiele uroku.
Niestety nie wiem, z jaką prędkością biegłam, ponieważ tym razem bateria padła w tzw. footpodzie czyli małym urządzeniu, które przyczepiam do buta i które mierzy odległość oraz prędkość. A pulsometr zwariował i pokazywał, że biegnę cały czas na granicy drugiego i trzeciego zakresu. W domu okazało się, że wymiana baterii w Polarze, spowodowała utratę części wpisanych danych, m.in. tętna maksymalnego, stąd przedziwne pomiary. Według obliczeń mężowego Garmina, przebiegliśmy 8 km.
Jak się biega w trzaskającym mrozie? Zaskakująco dobrze, ale czuję się dziwnie zmęczona i, na wszelki wypadek, łyknę na noc aspirynę.
Konkluzja? Niechże ten mróz się skończy. Bo już naprawdę... yeeeesh!
niedziela, 24 stycznia 2010
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)


1 komentarz:
Dopóki świeci słońce nie jest tak źle ;-)
Prześlij komentarz