Już prawie po Świętach - minęły tak szybko, jak co roku. Jestem bardzo zadowolona z tego, że udało mi się wygospodarować czas na bieganie i z tego, że św. Mikołaj znalazł mój list, w związku z czym, zostawił pod choinką stuptuty i bieliznę termalną, m.in. przepiękny, luksusowy podkoszulek z wełny merynosa. Pojedzie ze mną na Sylwestra.
W Wigilię, nie zważając na mgłę i chlapę, zrobiliśmy wolniutkie 7 km w Lesie Kabackim. Na całej trasie spotkaliśmy jednego spacerowicza, dwóch narciarzy, dwie panie z kijami do nordic walkingu i kilku biegaczy. Jeśli chodzi o samopoczucie "na duszy" - rewelacyjne. Forma? Emmm.... Bieganie po rozmiękłym śniegu jest trudne, a kiedy wraca się do aktywności, można powiedzieć, że trudność wzrasta w dwójnasób.
Dziś spotkaliśmy się na treningu świątecznym z Avą i Zinowem. Nie wiem jak im, ale nam (tzn. mężowi i mnie) było bardzo miło i dziękujemy za przyjemną, powolną dyszkę w padającym śniegu. Trochę lekkomyślnie nie założyłam pod ocieplane legginsy termogatek i odrobinę przemroziłam tyłek, ale co tam.
Tym samym pierwszy tydzień powrotu do formy dobiegł końca. Wyglądał tak: wtorek - siłownia, środa - trening klubowy (jakieś 5-6 km plus ćwiczenia na siłę), piątek - 7 km bardzo wolno, niedziela - 10 km (z groszami) bardzo wolno, ale odrobinę szybciej i łatwiej niż w piątek. Od czegoś trzeba zacząć.
Do maratonu zostało 16 tygodni, a w międzyczasie pojawiła się mała komplikacja - w tej chwili nie wiem, gdzie pobiegnę. Zapisałam się do Krakowa, przezornie nie uiszczając opłaty startowej. Po drodze jakoś tak odpadły różne przesłanki, które skłaniały mnie do rezygnacji z wiosennych wyjazdów poza granice Polski i zaraz włączyły mi się szwendacze. Wybór miejsc na start jest i bogaty i skromny jednocześnie, bo 17 kwietnia mamy: Zurich (stosunkowo drogo i w ogóle), Londyn (jeśli wygram w Lotto i wykupię sobie miejsce "charytatywne": yes, yes, yes), Padwa (nnnno nie wiem, choć to Włochy), Lipsk (nein, nein, nein), Belgrad (egzotycznie, ale dojazd... i bardzo kameralny bieg - w zeszłym roku ukończyło go niewiele ponad 200 osób), 3 lokalne maratony we Francji (Nantes, Annecy i nie pamiętam co), Wiedeń (fajnie, ale już byłam), Madryt (piękne miasto, szkoda że trasa górzysta i można trafić na upalny dzień).
Kombinuję, liczę, sprawdzam i wracam do życia biegowego. Tik-tak.
Przy okazji postanowiłam zrobić rachunek sumienia za rok 2010, choć jako osoba mało skrupulatna w obliczeniach (czytaj: leser i olewus), oczywiście nie wiem, ile kilometrów przebiegłam na treningach, a ile na zawodach. Mam jednak jakieś tam rozeznanie w swoich tegorocznych zamierzeniach i ich realizacji. No więc (nie zaczyna się zdania od "no więc"), rok 2010 w liczbach wygląda w ten sposób:
Maraton: miał być wynik poniżej 4:00 i... już był w ogródku, już witał się z gąską, ale ostatecznie, na pięknej, pofałdowanej trasie z Gradisca d'Isonzo do Triestu osiągnęłam 4:02, poprawiając tym samym swoją życiówkę z Wiednia (kwiecień 2009) o 30 minut.
Półmaraton: zrobiłam jedno podejście do wymarzonego wyniku 1:49:59. Półmaraton Warszawski przebiegłam w 1:52, poprawiając ubiegłoroczną życiówkę z tej samej trasy o 3 minuty. Chciałam poprawić wynik we wrześniu na półmaratonie w Łomży, lecz, niestety, półmaratonu nie było i podobno nie będzie. Wielka szkoda - słyszałam wiele entuzjastycznych opinii o tej imprezie.
10 km: na początku roku postanowiłam sobie, że przebiegnę 10 km w czasie poniżej 50 minut. Wystartowałam na tym dystansie tylko raz i był to złoty strzał - na Biegu Niepodległości metę przekroczyłam z czasem netto 48:56. To była chyba jedyna atestowana dycha, w jakiej kiedykolwiek startowałam, więc trudno mi stwierdzić, o ile poprawiłam życiówkę. Mój wcześniejszy rekord z dziesiątki nieatestowanej (kabackiej, czyli niepełnej), wynosił coś około 51 minut netto (bodaj 51:19 brutto) i pochodził z kwietnia 2009 roku.
5 km: miało być 22:59, wyszło 23:14 na nieatestowanej trasie (Kępa Potocka, Puchar Maratonu Warszawskiego). Poprawa o 43 sekundy w stosunku do życiówki z czerwca 2009 roku.
Nie mam jeszcze żadnych skonkretyzowanych planów wynikowych na przyszły rok, bo te zależą od tego jak przepracuję zimę. A zima dopiero się rozkręca. I ja też :)
niedziela, 26 grudnia 2010
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
8 komentarzy:
Podziwiam za bieganie w czasie świąt ;-) U mnie niestety wygrało lenistwo, ale teraz już trzeba brać się ostro do pracy. Pozdrawiam i wytrwałości życzę ;-)
@Krzysiek, bardzo lubię biegać w czasie Świąt i, nie oszukujmy się, jest to najskuteczniejszy sposób na zwalczenie konsekwencji łakomstwa ;) Dziękuję i pozdrawiam!
Wygląda na to że 17 kwietnia wstydem będzie nie biegać gdziekolwiek, bo biegi będą prawie "around the globe" :-)
Fajne plany maratońskie masz na 2011 i życzę żeby ich spełnienie poszło jak po maśle bez względu na to w którym mieście staniesz do 42 km!
Paradoksalnie mnie w świątecznym bieganiu pomogły trudne warunki atmosferyczne - nie odważyliśmy się jechać do rodziny, więc czas na trening się znalazł;)
@Ava, ja tam siedemnastego zapewne rozruch będę robił. bo maraton planuję 10-tego:)
@Ava, eeee tam - od razu wstydem ;) Dziękuję za życzenia!
@DrP, no znacznie przyjemniej jest biegać przy ohydnej pogodzie, niż np. spacerować ;)
Pozdrawiam wszystkich z kraju fioletowych krów, czekolady i zegarków! Jeśli rozwieje się mgła, być może jutro uda mi się wyjść na trening i wrócić do domu bez dublowania trasy trail du mont blanc :)))
Jak patrzę na Twoje statystyki, to mi wychodzi, że jesteś moją biegową siostrą (z tym, że poprawienie życiówki w maratonie o pół godziny mam wciąż przed sobą...) :)
Wszystkiego udanego w 2011!
Poprawienie życiówki na maratonie o 30 min? Wow, to dopiero wynik, oby tak dalej :-)
@Midi, :)))
@Emilia, dziękuję :)
Postaram się zamieścić dziś relację z poświątecznego wyjazdu i kolejnego tygodnia biegowego.
Prześlij komentarz