No i już po 21.1-kilometrowym treningu w drugim zakresie. Pogoda dopisała - było przepiękne słońce, kilka stopni na plusie, a wiatr dawał do wiwatu tylko miejscami.
Przyjechaliśmy 1.5 godziny przed startem, dłuższą chwilę szukając miejsca do zaparkowania samochodu. Bo okazało się, że Wiązowna była dziś oblegana - w samym półmaratonie wzięło udział ponad 1000 zawodników, a jeśli doliczyć jeszcze biegnących na 5 km (po atestowanej trasie) i dzieciaki startujące w biegu krasnali, mogłoby się okazać, że ta maleńka miejscowość chwilowo podwoiła liczbę mieszkańców.
Odebraliśmy numery startowe, postałam w kolejce do ubikacji, poszliśmy do samochodu przebrać się na start, postałam w kolejce do ubikacji, rozgrzaliśmy się, wymieniliśmy ze znajomymi życzenia powodzenia i... start.
Na trasie nie brakowało punktów odżywiania z wodą i słodką herbatą, którą podawały roześmiane dzieciaki. Nie zabrakło również paru podbiegów - pierwszy, dość łagodny, ale wchodzący w nogi, czekał za piątym kilometrem, następny czyhał przed Glinianką, czyli wsią, w której była zawrotka, a trzeci, najgorszy, zaraz za Glinianką. Udało mi się nie zgubić na nim tempa, ale na górze łapałam oddech a la karp.
Nie wiem, czy to przez ten podbieg, czy pierwszy od kilku tygodni długi bieg po asfalcie - gdzieś około 14-15 kilometra poczułam znajome spięcie w biodrze i promieniujący przez pośladek, mięsień dwugłowy i łydkę ból. Mój stary przyjaciel, nerw kulszowy, dał o sobie znać. I nie odpuszczał aż do mety. Nie straciłam tempa - biegliśmy równo i przybiegliśmy zgodnie z założeniem, ale na mecie prawie rozpłakałam się z bólu i spowodowanego nim zmęczenia. Pocieszyłam się przepięknym medalem - chyba najładniejszym w mojej kolekcji, a następnie ruszyliśmy z mężem w poszukiwaniu słynnego posiłku regeneracyjnego.
Doceniam wysiłek organizatorów, bo zorganizowali prawdziwą ucztę (serdelki, szaszłyki, bigos, żurek), ale osoby niejedzące mięsa mogły się zregenerować przy pomocy bułki i herbaty. Co też zrobiłam, patrząc z lekką zazdrością na męża wcinającego ze smakiem szaszłyk ;-)
Wnioski z dzisiejszego dnia? Czeka mnie sporo pracy przed półmaratonem warszawskim. Zwłaszcza w gabinecie rehabilitacyjnym.
niedziela, 28 lutego 2010
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
3 komentarze:
No wiesz parówki i szszłyki pal 6, ale odmówić sobie żurku;) Chcesz powiedzieć, że pokrzepiłaś się suchą bułką?
Rehabilituj się owocnie:) Mam nadzieję, że na nartach będziesz mogła jeździć.
Lidko, żurek był na kiełbasie ;)
Na nartach będę jeździć, choćby nie wiem co!
Doszukałam się tego wpisu, bo byłam ciekawa Twoich wrażeń z biegu - są podobne do moich.
Wieje tylko miejscami, ale za to solidnie, medal w tym roku też wyjątkowo ładny, a posiłek regeneracyjny - mięsna woń sprawiła, że uciekłam jak najdalej, ale to żaden problem.
Fajny bieg!
Prześlij komentarz