Zanim zacznę spowiedź biegową, opowiem o dzisiejszym poranku. Najpierw obudziłam się dziwnie zmarznięta. Następnie, kiedy poszłam pod prysznic, spłynęła na mnie lodowata woda. Odczekałam chwilę, ale woda nie robiła się ani trochę cieplejsza. Obudziłam męża i postanowiliśmy zjeść domowe śniadanie, zapakować rzeczy i pojechać na siłownię, żeby się tam wykąpać. W międzyczasie rozwikłana została tajemnica dziwnego zmarznięcia - wszystkie kaloryfery odpowiadały temperaturą wodzie pod prysznicem. Wspaniale. Po śniadaniu zachciało mi się sprawdzić prognozę pogody. Wtedy właśnie okazało się, że znaleźliśmy się na skraju przepaści cywilizacyjnej - nie działa internet. Zabrakło już tylko czterech jeźdźców Apokalipsy.
Co było dalej? O tym później.
To teraz o bieganiu:
Jedną z jednostek treningowych jest tzw. "kros" / "cross", który przed upowszechnieniem się anglicyzmów chyba jednak nazywał się "przełajem". Chodzi o bieg w terenie, przeplatany zbiegami, podbiegami, prowadzący po zróżnicowanym podłożu. Według mnie, najlepszymi terenami do biegów przełajowych w Warszawie i okolicach są Las Bielański, Puszcza Kampinoska i lasy w Falenicy i Józefowie. W tych ostatnich, do licznych podbiegów dochodzi piaszczyste podłoże. Bardzo, bardzo piaszczyste.
Co prawda plan na dziś nakazywał grzeczne 8 kilometrów, z dziesięcioma dwustumetrowymi rytmami (10 razy po 200 metrów szybko, możliwie w takim samym tempie, przeplatane 200-metrowymi odcinkami truchtu). Jednak zostałam zwiedziona na pokuszenie i, po parutygodniowej przerwie, poszłam na trening klubowy. A klubowicze trenują pod maraton w Dębnie, który odbywa się 3 tygodnie przed "naszym" maratonem, więc ich treningi są nieco bardziej zaawansowane niż moje.
Na czym się skończyło? Na 10 kilometrach biegu przełajowego po mieście. Gdzie? Zaczęliśmy pod sklepem kibica przy stadionie Legii. Pobiegliśmy Myśliwiecką w stronę kanału, następnie do Czerniakowskiej, zawróciliśmy w stronę Zamku Ujazdowskiego, pod którym pobiegaliśmy w kopnym śniegu po maleńkich górkach, następnie pokicaliśmy w stronę Agrykoli, gdzie padła komenda "Na górze macie mieć trzeci zakres!!". No i miałam - tętno 91% HR Max. 200 metrów truchtu i przyspieszenie aż do kładki prowadzącej od fińskich domków do Zamku Ujazdowskiego. I znów trucht i zbieganie po schodach. A potem z powrotem do Czerniakowskiej i cała zabawa została powtórzona jeszcze dwa razy.
Fajnie było :)
Po treningu pojechaliśmy z mężem grzeszyć dalej - po kebaby z kurczaka do naszego tradycyjnego miejsca w sąsiedztwie, a potem - szybciutko - do domu. W mokrych ciuchach było nam straszliwie zimno.
W domu czekały na nas rozkoszne niespodzianki: kaloryfery grzeją, z kranów leci ciepła woda, a do tego wszystkiego działa internet. Pełnia szczęścia.
środa, 10 lutego 2010
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz