Po wczorajszym półmaratonie mam bardzo delikatne zakwasy, czyli albo nie przemęczyłam się, albo pomógł wieczorny masaż. Za to drapie mnie gardło, co powoduje lekką panikę, choć na razie powstrzymuję w sobie hipochondryczną potrzebę autodiagnozy przez internet. Twarda jestem.
Dzisiaj też zrobiłam rachunek sumienia po pierwszych 2 tygodniach od powzięcia postanowienia o niejedzeniu mięsa. W sobotę dręczyła mnie wizja gigantycznego whoopera, której nie uległam. Mój kochany mąż deklarował, że może nawet po niego pojechać, więc walka z pokusą była naprawdę trudna. Wytrzymałam i dzisiaj spełnię swoje marzenia o kotlecie, robiąc kotleciki z ciecierzycy - będzie z nich dobre drugie śniadanie w pracy. Poza tym jednym snem o fastfoodowej bule, nie dręczą mnie wizje z mięsem w roli głównej. Najbardziej obawiam się wyjazdu na narty i lokalnej specjalności - niezwykle aromatycznego i pysznego specku. Ciekawe, kto będzie silniejszy: ja, czy on.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz