poniedziałek, 1 marca 2010

Marzec

Pierwszy wiosenny miesiąc zaczęłam od zapisania się na konsultację z rehabilitantem i przestudiowania planu biegowego na najbliższe 4 tygodnie. Czeka mnie większy kilometraż i biegi ciągłe w drugim zakresie, czyli ubaw po pachy :) Najbardziej ciekawa jestem 14-kilometrowego wybiegania po dniu spędzonym na nartach, a w szczególności - ilości zjedzonego potem makaronu. 

Po wczorajszym półmaratonie mam bardzo delikatne zakwasy, czyli albo nie przemęczyłam się, albo pomógł wieczorny masaż. Za to drapie mnie gardło, co powoduje lekką panikę, choć na razie powstrzymuję w sobie hipochondryczną potrzebę autodiagnozy przez internet. Twarda jestem. 

Dzisiaj też zrobiłam rachunek sumienia po pierwszych 2 tygodniach od powzięcia postanowienia o niejedzeniu mięsa. W sobotę dręczyła mnie wizja gigantycznego whoopera, której nie uległam. Mój kochany mąż deklarował, że może nawet po niego pojechać, więc walka z pokusą była naprawdę trudna. Wytrzymałam i dzisiaj spełnię swoje marzenia o kotlecie, robiąc kotleciki z ciecierzycy - będzie z nich dobre drugie śniadanie w pracy. Poza tym jednym snem o fastfoodowej bule, nie dręczą mnie wizje z mięsem w roli głównej. Najbardziej obawiam się wyjazdu na narty i lokalnej specjalności - niezwykle aromatycznego i pysznego specku. Ciekawe, kto będzie silniejszy: ja, czy on. 

Brak komentarzy: