Stan na środę: coś ciągnie w lewej kostce (odmiana, bo tydzień temu bolała prawa) i łupie w okolicach, oględnie mówiąc, nerwu kulszowego. Twierdzę, że to mój organizm buntuje się przeciwko bieganiu po śniegu, a także przeczuwa uroki niedzielnego startu.
Jeśli chodzi o pierwsze, wcale mu się nie dziwię, bo biegania po śniegu mam już powyżej uszu. Ile można?! A co do drugiego - przecież będzie fajnie, bo nie zamierzam się ścigać. Plan maksimum przewiduje tempo kilka sekund szybsze niż docelowe tempo maratonu. Plan minimum, jeśli pogoda nie dopisze i sprawdzą się plotki o tym, że trasa nie jest odśnieżona, zakłada wyłącznie dotarcie do mety w jednym kawałku. No więc nie rozumiem, o co chodzi?
Wieczorem mieliśmy trening klubowy i znów kicaliśmy w okolicach Agrykoli i Zamku Ujazdowskiego. Wyszło ponad 11 kilometrów, a w tym znalazły się podbiegi w górę Agrykoli (bagatela - 7, a każdy ma pół kilometra) i ślizganie po mokrym śniegu koło Zamku. Czułam wczorajsze przysiady ze sztangą i wykroki z ciężarkami. Głównie w ołowianych nogach i, ekhm, mocno obolałej pupie.
A po treningu czekała nas miła niespodzianka, ponieważ dostaliśmy piękne, ciepłe bluzy klubowe. Może i w Wiązownie nie pobiegnę na rekord życiowy, ale będę się szykownie prezentować przed startem ;) Jak mawiała moja koleżanka z Zielonej Wyspy "Style comes first, my dear."
I tego chyba będę się trzymać.
2 komentarze:
Hania, czy ja nie mam teraz blogu dla niedowidzących? Myślisz, że zdjęcia powinny być mniejsze?
Sam już nie wiem,
reszta zmian jutro
dziękuję, za komentarze:)
Mnie się format podoba, ale mogę być nieobiektywna ze względu na krótkowzroczność :)
Prześlij komentarz