Licznik na marginesie pokazuje, że to już jutro.
Tak jak pisałam wcześniej, nie nastawiam się na żaden wynik i będę próbowała zrobić z tego półmaratonu ładny trening - 21.1 km biegu ciągłego w tempie o kilka sekund szybszym niż docelowe tempo maratonu. I zobaczymy, co z tego wyjdzie.
Na razie sprawdzam prognozę pogody i zastanawiam się, co założyć, żeby ani się nie upiec ani nie zamarznąć. Wątpliwości wynikają z tego, że trasa wiązowska słynie z wiatru, który, niezależnie od kierunku biegu, zawsze wieje prosto w twarz.
Wymieniłam już baterię w footpodzie do Polara, sprawdziłam, czy mam właściwe wkładki w butach biegowych (nauczka z Torunia), wciągnęłam miskę tagliatelle z cukinią (węglowodany) i spędziłam mile leniwe popołudnie z nogami wygodnie opartymi o piłkę do ćwiczeń. Przy okazji przekartkowałam nowy numer Runner's World - niestety, nie był zbyt ciekawy. Wolę swoją nową książkę o historii biegania.
No cóż, pozostaje zadbać o ulubioną jednostkę treningową, czyli sen sprawiedliwego, a jutro dobrze się zabawić.
sobota, 27 lutego 2010
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
2 komentarze:
No to bawcie sie dobrze i sie nie forsujcie
Zabawa była przednia, a sforsowanie umiarkowane ;)
Prześlij komentarz