W końcu wyjechaliśmy i powoli oswajamy się z myślą o powrocie.
Podróż przeszła prawie bez przygód. Na Okęciu obsługa naziemna usiłowała wmówić nam, że musimy zapłacić straszną kwotę za nadbagaż, którego nie było. We Frankfurcie okazało się, że nie mam włączonego roamingu. Jak mogę rozwiązać ten problem? Proszę zgłosić się do najbliższego punktu sprzedaży usług operatora X. Proszę pana, jesteśmy za granicą. Proszę zgłosić się do najbliższego punktu sprzedaży usług operatora X. Proszę pana, jesteśmy za granicą. Płyta się zacięła. W końcu znaleźliśmy rozwiązanie, jeszcze przed złapaniem lotu do Sao Paulo.
Lot całkiem przyjemny, gdyby nie moje zapchane na amen zatoki i gardło bolące tak, jakbym w nich miała zestaw żyletek. I gwoździe. W Sao Paulo ciemno, deszczowo i tylko (chy chy) 20 stopni. Na szczęście dolecieliśmy razem z bagażem, a w terminalu lotów krajowych znalazł się otwarty barek, w którym zaopatrzyliśmy się w dobre espresso i szklanice świeżo wyciskanego soku z pomarańczy. Nabrałam nawet słabego przekonania, że może nie mam anginy ani zapalenia oskrzeli.
Lot do Fortalezy międzylądowaniem w Natale w zasadzie przespałam. Przez okienko samolotu widać było oślepiające światło i krajobraz podobny, z wysokości kilku tysięcy metrów, do Andaluzji - ziemia koloru skórki chleba, trochę zieleni, wzgórza, małe miasteczka, nitki dróg. A za chwilę niebiesko, niebiesko, niebiesko - ocean. Lądujemy.
Bagaż znów doleciał w komplecie. Wychodzimy przed terminal i - wreszcie - gorąco, słońce, wiatr. Zmieniamy nasze podróżne buciory i skarpety na klapki, podwijamy nogawki dżinsów, chowamy ciepłe bluzy do walizki. Wsiadamy do rozklekotanego volkswagena, po drodze kupujemy dużo picia i jedziemy. Niewiele pamiętam z drogi, ponieważ znów trochę przysnęłam. Z otępienia obudził mnie dopiero głos kierowcy - Paracuru! Uliczki z niskimi zabudowaniami, stragany z owocami, warzywami, szkoła, domy, których obecności domyślamy się za bielonymi murami z drutem kolczastym (już od poprzedniej wyprawy do Ameryki Południowej jestem ciekawa, kiedy polskie osiedla zamknięte przejmą ten patent na grodzenie) i jesteśmy przed naszą pousadą.
Wreszcie można wziąć prysznic, zmienić ciuchy, napić się do woli. Wyszorowani, wysmarowani filtrami, ruszamy w miasto w poszukiwaniu obiadu. Niestety, trafiliśmy juz na porę sjesty, więc poratowaliśmy się znów sokiem i pierożkami z ciasta smażonego w głębokim tłuszczu, nadziewanymi mięsem. Po powrocie padam jak długa. Budzę się, kiedy jest już ciemno. To znaczy, budzi mnie mąż. Podobno od dłuższej chwili. Stwierdzam, że gardło boli trochę mniej i że jestem bardzo głodna. Szybko doprowadzam się do jako takiego stanu i wracamy na główny plac w mieście. A tam - jaka zmiana scenerii od popołudnia! Tłumy, otwarte knajpki, wystawione grille. Wypatrujemy stolika, przy którym siedzi nasz kolega i zamawiamy coś grillowanego z frytkami i sałatką. Do tego lokalne, cieniutkie piwo. Piję je powoli, ciągle w obawie przed czyhającą anginą (czy wspominałam już, że jestem założycielką i prezesem klubu hipochondryka? Klub jest na razie jednoosobowy, ale liczę, że rozwinie działalność). Powolutku ożywiam się. Na tyle, żeby wypić caipirinhę. Jeszcze malutki spacer, żeby nacieszyć się ciepłą nocą, wiatrem i wygwieżdżonym niebem. I znów spać.
Rano ładujemy naszą wielką torbę ze sprzętem na dach kolejnego rozklekotnego volkswagena i jedziemy do bazy. Droga prowadzi przez wydmy i palmowe zagajniki. Nie mogę nacieszyć się tym, że jest ciepło, że świeci słońce i że normalnie oddycham przez nos. Nawet gardło już tylko lekko drapie.
W bazie poznajemy instruktorów, rozładowujemy sprzęt. Mąż cieszy się na pływanie. Ja? Spoglądam z przerażeniem na fale. Pytam kogoś, czy tak jest zawsze. Nie, akurat mamy przypływ. Kiedy woda opada jest w miarę płasko i płytko. Płytko? To mnie cieszy. A jak płytko? Cały czas ma się grunt? Śmiech. Nie, skąd. Przypominam sobie nagle, jak bardzo boję się wody i postanawiam zostać na lądzie i wyciągam książkę z plecaka. Umawiam się z instruktorką na za dwa dni.
Pierwsze dwa dni upłynęły mi leniwie (nie licząc zrobienia setek zdjęć). Nadszedł jednak poranek prawdy. Wyciągnęłam swoją zieloną siódemkę (latawiec 7 m kw) i napompowałam ją, bar (drążek do sterowania z linkami), trapez. Przypięłam linki do latawca. Założyłam kamizelkę i kask (środki bezpieczeństwa w każdej szkółce). Dobra, najpierw sprawdzamy sterowanie latawcem. Kontroluję, nie zabiłam nikogo na plaży, nie przeorałam piachu zębami. Czas na pokazanie, jak robię body dragi (nie ma się deski na nogach, tylko, sterując latawcem, płynie się na prawym albo lewym halsie). Najpierw oburącz. A teraz jedną ręką. Co proszę? Nie robiłaś nigdy body dragów z jedną ręką? Nie. Nie uczyli Cię na kursie dla początkujących akcji ratunkowej? Emmmm... nie. Przez następną godzinę trwała nauka body dragów z jedną ręką, a następnie z deską. Wyszłam ledwo żywa. Na plaży dostałam jeszcze instrukcje, jak postępować, jeśli przepadnie mi latawiec i nie jestem w stanie go postawić. Nawet nie wiedziałam, jak bardzo ta przelotna uwaga przyda mi się następnego dnia.
A nazajutrz zaczęłyśmy od body dragów z deską. Niestety, przy zmianie halsu - z prawego na lewy - i, nieuchronnej, zamiany reki prowadzącej latawiec na rękę prowadzącą do tej pory deskę, zrobiłam coś nie tak i latawiec wpadł do wody. Wyrzuciłam deskę i zabrałam się do stawiania latawca. Ale, czy osłabł wiatr, czy od razu splątały sie linki, nijak nie mogłam tego zrobić. Latawiec podskakiwał, przewijał się i czułam, że ciągnie mnie w mało pożądanym kierunku. Pociągnęłam za zrywkę, która nie zadziałała, więc ręcznie odpięłam linki od trapezu i zostałam przyczepiona tylko jedną. Zaczęłam płynąć wpław do plaży, ale latawiec ciągnął mnie dalej w odwrotną stronę. Po kilku minutach poczułam się mocno zmęczona. Nagle usłyszałam w głowie głos instruktorki - doholuj się do latawca po lince i zrób sobie z niego żagielek, który dociągnie Cię do brzegu. Pamiętaj, że latawiec jest napompowany i unosi się na wodzie. Ok. Zaczęłam holować się po jednej lince, zapominając jednak, żeby zgarniać wszystkie pozostałe i je zwijać, zanim zrobi się z nich makaron lub zaplączę się w nie dokumentnie. Dotarłam do latawca. Wlazłam na główną tubę i poczułam jak bardzo jestem zmęczona i zdenerwowana. Sięgnęłam po jedną z linek, żeby wygiąć latawiec i zrobić z niego słynny żagielek. Nagle latwiec przewinął się i znalazłam się pod nim. Poczułam, że właśnie nadciąga jeden z największych ataków klaustrofobii, jakie miałam w życiu. Ze ściśniętym gardłem, całkowicie zesztywniała ze strachu, złapałam za krawędź latawca. Już prawie się udało spod niego wyjść, ale niestety miałam nogę zaplątaną w linki, które pociągnęły mnie na poprzednie miejsce - pod latawiec. W ostatnim przebłysku świadomości, przytrzymałam jedną ręką tubę, a drugą sięgnęłam po linkę i wydobyłam z niej nogę. Pomajtałam nogami, żeby sprawdzić, czy nic ich już nie trzyma i jeszcze raz spróbowałam wydostać się spod latawca. Udało się. Znów wlazłam na tubę i postanowiłam nic więcej nie robić, tylko czekać aż powoli spłynę w stronę brzegu. Za chwilę dopłynęła do mnie instruktorka i mój dzielny mąż. Mąż zwinął linki, a instrukorka pomogła mi zrobić ten nieszczęsny żagielek. We trójkę dopłynęliśmy po chwili do plaży.
Więcej tego dnia nie wchodziłam do wody.
środa, 18 listopada 2009
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
1 komentarz:
Pięknie
pozdrawiam :)
Prześlij komentarz