niedziela, 27 lutego 2011

10/7

Koniec dziesiątego tygodnia. Może napiszę, jak miał wyglądać: wtorek - siłownia (była), środa - trening biegowy (opisany w poście o psikusie), czwartek - siłownia (zamieniony na przebieżki i leżenie opisane w tym samym poście, co środowy trening biegowy), piątek - 13 - 15 km biegu w spokojnym tempie (emm... zamiennie byłam u lekarza i dostałam zadyszki po pokonaniu 2 pięter po schodach), sobota - odpoczynek (o, tu akurat wszystko się zgadza), niedziela - start w Półmaratonie Wiązowskim i bieg na wynik pomiędzy 1:44 a 1:46.

Do Wiązowny nie pojechałam, ale za to po 1 zebraliśmy się do lasu. Zaczęło świecić słońce i, wyjąwszy nieprzyjemny wiatr, zrobiło się bardzo ładnie. Mąż nastawił się na szybkie 13 km, a ja wolniutkie roztruchtanie, uzależniając dystans od możliwości. Wyszło równe 9.5 km w średnim tempie 6:17 min/km. Po 7 kilometrze zachciało mi się przyspieszyć i przez około 700 metrów biegłam w tempie narastającym. Skończyłam na 4:40 min/km. Potem znowu potruchtałam, a na ostatnim kilometrze stwierdziłam, że nie będę pilnować tempa, tylko pobiegnę jak mnie nogi poniosą. Zakończyłam na 5:03 min/km. Na początkowych kilometrach czułam zmęczenie, ociężałość i drewno w nogach. Trzymałam tętno w okolicach 140 bpm, a mimo wszystko czułam rosnące zmęczenie. Dopiero, kiedy żwawiej ruszyłam nogami, wreszcie zrobiło się lżej i milej.

Oj, żeby już nie było niespodzianek w nadchodzących 7 tygodniach. Od tego tygodnia chcę znów biegać planowo.

A ostatnie 3 dni, w trakcie których nie pracowałam ani nie biegałam, wykorzystałam m.in. na zaplanowanie dalszych startów. Nie będzie ich dużo (dawno przeszło mi startowe zachłyśnięcie z roku po pierwszym maratonie), ale chyba będą nieco inne niż w poprzednich sezonach. Np. prawdopodobnie zrezygnuję z drugiego maratonu w tym roku. Albo dobrze mi pójdzie w Annecy albo - trudno się mówi. Widzę, że jest mi coraz trudniej pogodzić treningi z pracą i całym codziennym życiem. Nie wiem, czy dam radę uprawiać taką żonglerkę dwa razy w roku bez szkód w ludziach. Może robię się za stara? Wszystko jedno - w każdym razie, rozważam poważnie porządne przygotowanie się do jesiennego półmaratonu i jesiennej dychy. Popracuję wtedy nad szybkością, nabiorę może wreszcie jakiejś masy (wymarzone 53-54 kg dzięki grypie żołądkowej oddaliło się jeszcze bardziej), a nawet, jeśli się uda, wreszcie poprawię swoje umiejętności pływackie, które nie wychodzą poza krytą żabkę i dziwne przebieranie nogami i rękami, gdy leżę na plecach. Nie, nie planuję triathlonu ani Iron Mana. Na razie!

8 komentarzy:

tete pisze...

Haniu głowa do góry :) jutro będzie le[piej! i nie pisz dziewczyno "za stara" bo co ja miałbym powiedzieć ;)chyba Jesteś trochę przemęczona :( i stąd nuta rezygnacji w końcówce posta. Idzie Haniu wiosna, będzie więcej słoneczka i od raz świat wyda się weselszy :) w Annecy będzie super bo przecież biegniemy razem (tzn korespondencyjnie) czyli ja w Krakowie :)Trzymaj się Haniu ! też się ostatnio trochę hihi.."przedźwignąłem" Pozdrawiam serdecznie :)

Ava pisze...

Jestem w autentycznym szoku, że po takim zjeździe czyli grypie żołądkowej przebiegłaś sobie dziś prawie dychę i to z przyspieszeniem do 4:40. Masz strasznie silny organizm chyba!

Hankaskakanka pisze...

@Tete, dobra, nie będę zwalać wszystkiego na wiek ;) No, jestem trochę zmęczona, choć nie jest to przetrenowanie.
@Ava, to przyspieszenie do 4:40 było tylko na chwileczkę. Początkowe kilometry były straszne (pierwszy chyba przebiegłam w okolicach 7 min/km).

Midi pisze...

Wydaje mi się, że Twoje odczucie 'zastarości' to nie wynik przemyśleń, tylko grypy żołądkowej i lekkiego znużenia monotonnymi treningami. Może je trochę rozluźnij, może złap coś nowego za ogon? Może właśnie pływanie albo jakaś nowa dyscyplina? Za kilka dni organizm się zregeneruje i zapomnisz o jakimś chwilowym zwątpieniu :)

Hankaskakanka pisze...

Midi, na razie rezygnuję z siłowni, przynajmniej do wyjazdu na narty. Zostanie "tylko" bieganie i rozciąganie w domu. Z kolei narty będą miłą odmianą od wszystkiego - od codzienności, od płaskiego krajobrazu i w ogóle :) Oczywiście, jakże by nie, mam plan biegowy w ramach apres ski ;)

Adam pisze...

czy "Nie, nie planuję triathlonu ani Iron Mana. Na razie!" w wolnym tłumaczeniu znaczy "zaczyna mnie ciągnąć do triathlonu"? ;)
przy okazji, u mnie, jak po początkowych kilometrach wolnego biegania mięśnie "zamulają" przyspieszenie na jakiś czas stanowi często rozwiązanie

Ironwoman pisze...

Właśnie, czemu nie Ironman? I bez przesady z tą starością. Większość babek, które robią Ironmana jest po 40.roku życia. A w Wiązownej byłam w szoku, gdy zobaczyłam, że pani w kategorii K60 przebiegła 21 km w 1:40! Wszystko przed nami! :) Pozdrowionka!

Hankaskakanka pisze...

@Zinow, nie na razie mnie nie ciągnie, ale nie wykluczam ;-)
@Ironwoman, bo musiałabym jeszcze duuuużo potrenować, a przede wszystkim nauczyć się porządnie pływać. Nie chodzi o starość wiekową - jestem po prostu ostatnio zmęczona i nieco przygnębiona, co sprawia, że czuję się jak przydeptany kapeć. A swoją drogą, chciałabym zrobić kiedyś 1:40 w półmaratonie :)