niedziela, 13 lutego 2011

8/9

To się podziało. W piątek obudziłam się z bólem głowy i drapiącym gardłem, a potem, w miarę upływu dnia, do atrakcji doszedł zapchany nos. Cudownie. Kiedy wróciłam do domu po robocie i naukach języka, stwierdziłam, że nie ma mowy, żebym wyszła na trening i biegała 18-minutówki po 5:04 min/km. Zjadłam kolację, zastosowałam jakieś domowe leczenie i poszłam spać.

Terapia dwudniowa podziałała, ale trening stracony. Mówi się trudno.

Dzisiaj pojechałam do lasu z mieszanymi uczuciami. No bo z jednej strony już lepiej się czułam, świeciło słońce, itp. Z drugiej - zawalony trening i forma jednak nie olimpijska. Z trzeciej - w planie trening, do którego podeszłam, cytując reklamę sprzed 20 lat, z pewną taką nieśmiałością. 2 km rozgrzewki, 100 minut w tempie maratonu (5:27 min/km) i schłodzenie.

Dobra, wbiegamy do lasu - fajnie, bo lodu nie ma, choć nawierzchnia zmrożona i przypomina beton. Tup, tup, tup, tup - stop. Lodowisko. Drugie. Trzecie obiegliśmy na przełaj przez las. Potem już było ok i po 2 km przyspieszyliśmy. W głowie brzęczało mi: "nie dasz rady, nie dasz rady, nie dasz rady". Dałam. Poszczególne kilometry biegłam tak: 5:23, 5:22, 5:24, 5:21, 5:21, 5:26, 5:17, 5:18, 5:23, 5:27, 5:21, 5:27, 5:18, 5:25, 5:22, 5:26, 5:26, 5:23 (ostatni kilometr zrobiłam częściowo w przyspieszeniu, a częściowo już truchtając, więc wynik nie jest miarodajny - 5:57). Jakby nie patrzeć, te 100 minut przebiegłam za szybko, bo dopiero na końcowych kilometrach udało mi się choć mniej-więcej trzymać tempo. W sumie, z rozgrzewką, 100 minutami i schłodzeniem, wyszło ciut ponad 22 km. Byłam zmęczona, ale i zadowolona, że mam tę kobyłę za sobą.

Tylko nie bardzo wyobrażam sobie, jak dam radę przebiec 42,195 km w tempie poniżej 5:30 min/km. Dobrze, że mam jeszcze 9 tygodni na przyzwyczajenie nóg i głowy do tej koncepcji bądź oswojenie się z myślą o starcie "na zwiedzającą".

Przygody treningowe:

- Zdejmujemy polary i spodnie od dresu przy samochodzie. Idzie para z małym chłopczykiem, który podejrzliwie nam się przygląda, po czym ze zgrozą oznajmia "Mamo, oni się jozbiejają!!".
- Gdzieś w 1/3 treningu trafiłam stopą na kawałek lodu i zrobiłam figurę jak z Karate Kid, sunąc jednocześnie po lodzie. Jakim cudem nie wywaliłam się? Nie wiem. Jednak ciepło myślę o ćwiczeniach na stabilizację.

A hasłem treningu powinno być "Kochanie, za szybko!". Bo raz prowadził mąż, a raz ja i zawsze któreś z nas w końcu przyspieszało do 5:00 - 5:10 min/km. Już kiedy wracaliśmy do domu, mąż stwierdził "Ale masz powera!". Może? Byle tylko już bez przeszkód realizować plan. Za wszelkie atrakcje z ostatnich dwóch tygodni (ze zdrowotnymi na czele) serdecznie dziękuję.

16 komentarzy:

Anonimowy pisze...

9 tygodni to jeszcze sporo czasu, a czasy kilometrów miałaś super, skoro wyszłaś na bieganie po chorowaniu.Nie wyobrażam sobie,że miałabyś "zwiedzająco" startować. Dasz radę

Hankaskakanka pisze...

To nawet nie było chorowanie, tylko coś mnie "podgryzało". Chyba organizm nie wytrzymał nadmiaru atrakcji i dał znać, że mam mu dać święty spokój choć na parę dni ;) Dziękuję za pokładaną we mnie wiarę i słowa otuchy!

drproctor pisze...

Czyli miałaś chorobę prawię idealną - taką która rozpoczyna się w piątek po południu a kończy w niedzielę wieczorem;)

Hankaskakanka pisze...

W niedzielę rano ;-)

drproctor pisze...

Dlatego napisałem "prawie" ;)

Midi pisze...

Ale to nie o plan chodzi, tylko o powera właśnie - nieważne, że Ci wyleci ten czy inny trening, to przeważnie nie ma wpływu na formę.

Hankaskakanka pisze...

@DrP, no to wszystko się zgadza ;)
@Midi, pewnie masz rację, tylko ja miewam syndromy treningowego Ananiaszka i przy "wypadniętym" treningu robię się, emm, nerwowa ;) Jednak nie tarzam się po ziemi, krzycząc, że się zabiję jak miał to w zwyczaju Ananiasz :)

Unknown pisze...

Dobrze, że was nie aresztowali za ekshibicjonizm :-)

9 tygodni to jest trochę czasu, jeszcze chyba nie czas na tremę.

Hankaskakanka pisze...

Pod tymi polarami i spodniami od dresu mieliśmy wiatrówki i legginsy, więc nie obrażaliśmy moralności publicznej ;) Trema? Nie mam tremy. Po prostu nie wiem, czy dam radę biec w takim tempie przez 42 km zamiast 18-tu :)

Adam pisze...

Robisz bardzo inspirujące treningi. 100 minut w tempie maratońskim brzmi ciekawie.

Hankaskakanka pisze...

Przyznam, że plan, który wymyśliła dla mnie A. jest zupełnie inny niż te, zgodnie z którymi biegałam wcześniej. Bardzo mi się podoba, treningi są różnorodne - trudno się nudzić. Czuję narastającą moc i, jeżeli nie złapię choroby ani kontuzji i, jeżeli nie przeszkodzi mi głowa, mam nadzieję na zbieranie owoców zimowego trudu na wiosnę ;-)

Aniaha pisze...

narastajaca moc, to brzmi powaznie

Hankaskakanka pisze...

Aniu, mam tylko nadzieję, że jest to jasna strona mocy ;)

Ava pisze...

Tak, narastająca moc to chyba to o co chodziło w twoim treningu i jak widać wszystko idzie zgodnie z planem. Brawo dla Ciebie za realizację i dla koleżanki za ciekawy i skuteczny plan! Ciekawa jestem jaki czas wykręcisz w Wiązownej? Jeśli będą pacemakerzy to zdradzisz za którym staniesz? :-)

tete pisze...

tak tak Haniu :)na maratonie (i nie tylko ;)przebiera się nogami, ale biegnie głową ;)pozdrowaśki

Hankaskakanka pisze...

@Ava, tak będę stała za pacemakerem, tzn. za mężem, który będzie pilnował, żebym np. po 10 km nie urządziła sobie kontemplacyjnego spaceru ;) To moja specjalność!
@Tete, no właśnie!