We wtorek rano, jeszcze przed złapaniem samolotu, podreptałam na siłownię i, trzeba przyznać, że bardzo niechętnie, weszłam na bieżnię. Po rozgrzewce przeszłam do właściwej części treningu, czyli sześciu czterominutówek w wysokim drugim zakresie, z trzyminutowymi przerwami w truchcie. Tyle razy pisałam o tym, jak nie lubię biegania na bieżni, więc nie będę się powtarzać. Te czterominutówki były strasznie wolne, bo pomiędzy 5 min / km a 5:10 min / km. W sumie nic dziwnego, skoro moim ostatnim biegiem poniżej 5 min / km był start w Biegu Niepodległości. Niemniej jednak, zeszłam z bieżni trochę sfrustrowana i zmartwiona. Miałam jeszcze pół godziny, które wykorzystałam na kilka ćwiczeń siłowych (plecy i nogi) oraz na rozciąganie. A potem spotkała mnie miła niespodzianka: z orbitreka zeskoczyła wysoka i umięśniona dziewczyna, która rzuciła się na mnie z okrzykiem "HANIA?!!". To była koleżanka ze studiów, której nie widziałam od jakichś 12-13 lat, bo po pierwszym roku zaczęłyśmy chodzić na inne zajęcia i jakoś tak nam się rozminęły drogi, aż w końcu straciłyśmy zupełnie kontakt. Proszę - ile pożytku z wizyty na siłowni.
Wieczorem znaleźliśmy się w innej bajce - wylądowaliśmy w zaśnieżonym Zurychu i, przez padający gęsto śnieg, pomknęliśmy pociągiem przez białą Szwajcarię aż do stacji docelowej, na której czekało nas serdeczne powitanie i mleczna mgła, a w końcu uściski, dalsze powitania, wyśmienita kolacja i sen sprawiedliwego.
Dwa dni upłynęły szybko. A to zakupy w pobliskim miasteczku, bo wyżywienie 8 osób to nie lada przedsięwzięcie, a to wspólne gotowanie, gadanie, wycieczka do ślicznego Fribourga oraz Gruyère. W tym ostatnim byłam latem 2008 oku. Wtedy świeciło słońce, z murów miasteczka można było podziwiać niezwykłej piękności widoki na pastwiska, krowy i góry, a na zboczu Moleson zajadać znakomite fondue. Tym razem było ciemno, zimno, a mgłę rozświetlały jedynie świąteczne dekoracje. Pozwoliłam sobie na grzech i zjadłam bezy z niebywale tłustą śmietaną z Gruyère (meringues a la double crème de la Gruyère). Widać tłuszcz niweluje szkodliwe działanie krowiego białka, bo nic mi nie było ;-)
Codziennie rano patrzyłam przez okno w nadziei, że wreszcie zobaczę błękitne niebo i Alpy z jednej, a Jurę z drugiej strony. Nic z tych rzeczy - na zewnątrz tylko mgła i coraz mniej śniegu. W końcu przestaliśmy się wykręcać mgłą przed bieganiem i ruszyliśmy w Sylwestra znajomą, elegancko wybetonowaną ścieżką przez okoliczne pola. To na niej obiłam sobie straszliwie kość ogonową w zeszłym roku.
Plan treningowy nakazywał relaksacyjne 5-7 km w pierwszym zakresie. Jak utrzymać pierwszy zakres na szwajcarskich pagórach? Chyba na spacerze. Tak więc tętno rosło pod górę, spadało w dół, a mgła gęstniała. Wzdłuż "naszej" ścieżki są ustawione co 50 metrów słupki. Kiedy stanęło się przy takim słupku, następny ledwo majaczył, a za nim zaczynała się nieskalana biel. Białe pola, spod których wychodziły bruzdy ziemi, białe niebo, biała przestrzeń. I cisza. Dobiegliśmy do lasu, za którym zaczynają się sady owocowe i skręciliśmy w stronę ścieżki widokowej. To znaczy, w warunkach zwykłej widoczności ze ścieżki tej pięknie widać jezioro Neuchâtel i Jurę, a w Sylwestra było widać mgłę. Zawróciliśmy i postanowiliśmy wracać ścieżką nad autostradą, bo zdawało nam się, że wiemy, w którym miejscu skręcić z niej w stronę wsi. Z naciskiem na "zdawało nam się, że...", bo nagle wybiegliśmy na szosę i zbaranieliśmy. No ale od czego Garminy? Mąż zorientował mapę i stwierdził, że już dawno minęliśmy wieś i dobiegliśmy do drogi prowadzącej do niej z pobliskiego miasteczka, zatem, żeby nie zgubić się po raz kolejny, potupaliśmy tą szosą. Wyszliśmy na tym jak Zabłocki na mydle, bo trafiliśmy na największy na całej trasie podbieg podbieg. Trening zamknął się w niespełna 8 km. Zdecydowanie nie w pierwszym zakresie. Miałam wrażenie, że wróciłam z 25-kilometrowej wycieczki.
Reszta Sylwestra upłynęła na przygotowywaniu smakołyków, a następnie na ich zjadaniu. Niektórzy nawet tańczyli, a zwierzęta domowe słodko spały. Poszłam w ich ślady przed 2, a już o 9 obudziłam się rześka i wypoczęta. Na trening noworoczny wybiegliśmy dopiero 5 godzin później, ponieważ przygotowywanie śniadania, jedzenie i odpoczywanie trwało wyjątkowo długo. Za to mgła zdążyła się podnieść. Znów nie zrobiłam treningu zgodnie z planem (miało być 20 min w I zakresie, 20 min w tempie 5:10 min / km, 20 min w I zakresie). No ale mąż chciał pokazać mi bardzo malowniczą rzeczkę, do której najpierw biegło się przez pola (pod górę, w dół, pod górę, trochę płaskiego), potem zbiegaliśmy dość mocno przez ponad kilometr do szlaku turystycznego prowadzącego po błocie wymieszanym z rozmiękłym śniegiem. Rzeczka okazała się być rzeczywiście śliczna i ledwie powstrzymałam się przed wejściem do niej. Pobiegliśmy jeszcze kawałek błotnistym szlakiem, zakończonym urwiskiem prowadzącym prosto do rzeki i zawróciliśmy. Skoro zbiegaliśmy ponad kilometr, trzeba było tyle wbiec. Profil trasy podobny do pierwszych kilometrów trasy z Jakuszyc na Łabski Szczyt (po czeskiej stronie), tylko bez wypłaszczeń i nie po asfalcie, a po rozmiękłym śniegu. Ale było warto. Nawet płuca wypluć było warto dla widoków. Zrobiliśmy jeszcze parę kilometrów po polach i wróciliśmy do domu na mocne rozciąganie i pod ciepły prysznic.
W niedzielę wsiedliśmy w pociąg do Genewy i pomknęliśmy przez zielone pagórki w stronę Jeziora Genewskiego. Wyszło nawet słońce, jednak Alpy nadal chowały się w gęstych chmurach. Samolot, przesiadka, samolot, dom. Koniec pięknej wycieczki.
Wracam do rzeczywistości i zaczynam trzeci tydzień biegania z planem.
Z ciekawostek:
1. Gacek odetchnął szwajcarskim powietrzem i sam się naprawił. Cud z kantonu Vaud.
2. Wypróbowałam przyniesioną przez św. Mikołaja koszulkę Icebreaker, zrobioną z wełny nowozelandzkich merynosów. Ze sceptycyzmem podchodziłam do porady przemiłego sprzedającego odnośnie nieprania koszulki wcześniej niż po 3 pierwszych noszeniach, ale teraz mogę zaświadczyć uroczyście, że to nie mit. Ta koszulka po prostu nie śmierdzi. Nawet po kilku godzinach podróży i dwóch treningach biegowych pachnie jak stokrotki. To znaczy jest świeża jak świeżość poranka. I tak dalej w poetyce reklam płynów do płukania. W dodatku nie gryzie, grzeje, oddycha. Ideał.
3. Podobno przez 5 dni zjedliśmy 90 jajek.
I jeszcze trochę białych widoczków.
Dużo szczęścia w Nowym Roku!
Widok na Fribourg
...i jeszcze jeden
Nad jednym z brzegów Sarine
Ulica wiernych małżonków
Ech ci paparazzi...*
Stolica podwójnego śmietanowego grzechu
Najwierniejszy kibic wszystkiego, co działo się w kuchni
Inni woleli się wyspać
Stan pełnej gotowości do balu
O północy
Nowy Rok każdy przywitał po swojemu*
...no właśnie*
PS. Autorką zdjęć oznaczonych gwiazdką jest nasza gospodyni, której jeszcze raz dziękuję za (jak zwykle) przemiły czas :)












8 komentarzy:
Haniu, świetna relacja :) Fryburg na pierwszym zdjęciu wygląda jak dekoracja do jakiegoś postapokaliptycznego filmu :D
Ach, też bym zjadła bezy ze śmietaną w Gruyere!
No popatrz, nie sądziłam, że tam się tyle działo ;)
Haniu, to my Wam dziękujemy i już nie możemy się doczekać następnego razu!
PS1 W runie pusto strasznie po wyjeździe 8 osób, ehhh :(
PS2 Nie podobno, tylko zjedliśmy 90 jajek !!!
PS3 Potwierdzam, koszulka pachnie długo i świeżo. Sprawdzałam organoleptycznie ;)
@Quinoamatorka, prawda? Czarno-biały świat!
@Anoushka, my też! AdPS2 - dziś dodaliśmy do statystyk kolejne dwa ;) Ad PS3 - NOCOTY?!
Och, łza się w oku kręci ;) Już mi tęskno za Looko...i za wszystkimi innymi. Świetne zdjęcia Friburga.
Ej no, super wyjazd :-) i bardzo fajna relacja. Takie wycieczki biegowe czy piesze czasem frustrują jak nie możesz znaleźć drogi ale za to jak się je potem wspomina :-) Z łezką w oku.
A tego Icebreakera to chyba kupię skoro daje taką świeżość :) Wiele technicznych koszulek mimo obietnic że są non-odour po prostu są jak najbardziej odour.
@Lidka, oj kręci się, kręci.
@Ava, tia - odourless okazują się być odourfull ;) Zobaczymy jak koszulka będzie się sprawować w dalszym używaniu. Na razie przeżyła pranie ;-) Przyznam, że nawet w ekstremalnych warunkach (obóz biegowy - pranie w umywalce bez korka ;-)), nie biegałam dwa razy w tej samej, nieupranej koszulce. A tu takie eko :)
A jeszcze jedno mi przyszło do głowy - w Szwecji "biały tydzień" oznacza abstynencję;) Po okresie świątecznym wielu Szwedów deklaruje często, że właśnie teraz będą białe tygodnie. Nie sprawdzałam jak to się im udaje;)
Lidko, chyba najbardziej podoba mi się wersja włoska :)))
Prześlij komentarz