piątek, 28 stycznia 2011

Raz tak, raz siak

O treningach za chwilę, a na razie o malutkim sukcesie i przemyśleniach.

Nie raz, nie dwa i nie pięć pisałam o tym, że jestem leniem i leserem. No bo to prawda, choć czasem może zdarza mi się zrobić inne wrażenie. Leń i leser mieli wielki udział w moich treningach i zawodach. Wieszczyli, że,, jeżeli nie zwolnię lub nie zatrzymam się, to na pewno umrę z wyczerpania w przydrożnym rowie. Że jeżeli zrobię CAŁY trening, na bank odpadnie mi noga albo coś innego. Że jeden opuszczony trening jeszcze nikogo nie zabił, a dłuższy sen pomoże mi w osiągnięciu oszałamiającego wyniku w maratonie. I tak dalej. W środę leń i leser bardzo chcieli zrobić 10 podbiegów zamiast 12 - nie pozwoliłam, a z wkurzenia na nich atakowałam te podbiegi szybciej niż kiedykolwiek. Szybciej niż śmiałabym, gdybym tempo podbiegów zaplanowała przed treningiem. Przecież 5:30 min/km na Agrykoli to pewna śmierć z przemęczenia, czyż nie? Potem leń i leser wymyślili, że nie ma sensu robić 14 km, bo zimno i nudno tak dreptać dookoła Kanału Piaseczyńskiego. Przestałam ich słuchać. Na koniec treningu Gacek pokazał 14.02 km.

Dzisiaj, już po pierwszej dwunastominutówce obiecywałam sobie, że zrobię jedną i koniec. Ale zrobiłam drugą, trzecią i czwartą, choć na ostatnie 5 minut czwartej zwolniłam o kilkanaście sekund / km. I przeżyłam, a leń i leser malowali najczarniejsze wizje.

Być może to zasługa lektury "Brain Training for Runners", że po ponad 3 latach biegania doszłam do następującego wniosku: jeśli skracam treningi, wykonuję je niestarannie, jednym słowem - odpuszczam, wyrabiam w samej sobie mechanizm, który z łatwością pozwala mi na takie samo odpuszczanie na zawodach. Oczywiście, nie mówię tu o odpuszczaniu z uzasadnionych powodów, np. kontuzji, choroby, poważnego zmęczenia, itp. A zatem, jeśli nie wyrobię sobie nawykowego odpuszczania, nie będę go stosowała ot, tak sobie. Myślicie, że to ma sens?

Jeśli o ostatnie treningi chodzi:

W czwartek byłam znów na siłowni. Po krótkiej rozgrzewce na bieżni (1 km truchtu), zaczęłam od martwego ciągu ze sztangą, na której miałam 15 kg, później trochę zabaw stabilizacyjno-wzmacniających na bosu (z piłką lekarską i z ciężarkami), przysiady ze sztangą oraz mocowanie się z maszyną do pleców. Rozciąganie.

Wróciłam przybita, bo z drapaniem w gardle, rozbita i w ogóle do luftu. Zrobiło mi się trochę raźniej, gdy termometr pokazał 36.5. Profilaktycznie łyknęłam aspirynę, wypłukałam gardło wodą z solą, natarłam nogi olbasem, wskoczyłam w szykowne skarpety i poszłam spać.

Dzisiaj mam wolne i chciałam uczcić to bieganiem o słonecznym poranku, w pięknych okolicznościach przyrody. Jednak, sprawdziwszy, że na dworze -6 i słońca nie widać, powlokłam się na siłownię i na bieżnię. 3 km rozgrzewki 4 x 12 minut po 5:06 (jak pisałam, ostatnie 5 minut czwartej dwunastominutówki pobiegłam wolniej), 2 km schłodzenia. Przerwy pomiędzy przyspieszeniami: 2 minuty. Wykorzystywałam je na zwalnianie do marszu i łapczywe picie. Podczas treningu i po nim osuszyłam 1.5-litrową butlę Staropolanki. Razem wyszło 15 km, po których porozciągałam się przez 15 minut. Jutro wolne od sportu.

A tak na zakończenie: mam serdecznie dosyć słuchania o tym, że jestem strasznie chuda i powinnam więcej jeść. Zapraszam na wspólny posiłek - sprawdzimy, kto zje więcej.

5 komentarzy:

Aniaha pisze...

Haniu, może i tak i siak, ja nie zauważam, bo jestem ciągle pod wielkim wrażeniem jakim tempem biegasz i na jakich dystansach.

Hankaskakanka pisze...

Aniu, bardzo mi miło. Sama jednak widzę, że po prostu mam lepsze i gorsze dni. Dzisiaj był ten słabszy - mocno z sobą walczyłam. Śmiesznie, bo kiedy porównuję swoje treningi z tym, jak biegają dziewczyny znacznie ode mnie mocniejsze (np. z wynikami maratońskimi od okolic 3:30 w dół), wydaje mi się, że wlokę się jak żółw, a mój kilometraż jest śmieszny. Potem przypominam sobie, z jakiego pułapu zaczynałam i znowu jestem z siebie zadowolona ;)

Midi pisze...

Ja! Ja zjem więcej! :))

Dla mnie najlepszym czynnikiem motywującym do nieodpuszczania treningów i nieulegania wewnętrznemu leniowi był... strach. Trochę się bałam pierwszego maratonu (że niby co? ja? ja mam przebiec tyle? to na pewno udaje się tylko wyjątkowym twardzielom...) i nagle do mnie dotarło, że jak sobie pobiegam, tak się wyśpię, tj. im lepiej potrenuję, tym mniej bólu będzie mnie ten maraton kosztować. No i przez kilka m-cy odpuszczałam sobie mniej niż zwykle :)

Ale przeważnie wszystko robię w granicach przyjemności, na siłowni też - żeby nie przekroczyć granicy bólu albo znużenia. Co nie jest najlepszym podejściem treningowym...

Adam pisze...

Hanka, gratuluję pokonania wewnętrznego lenia ;)
Midi, trenowanie na granicy przyjemności, jeśli nie nastawiasz się na walkę o jakiś wynik, nie jest wcale złą metodą treningową.
Kiedy mnie łapie tryb "nie chce mi tak męczyć" motywuje mnie strach przed tym, że jak raz odpuszczę, to następnym razem będzie łatwiej i może się zacząć odpuszczenie lawinowe.

Hankaskakanka pisze...

@Midi, no to musimy umówić się kiedyś na placki ziemniaczane. Jestem przekonana o swoich mocnych szansach na zwycięstwo ;) Jeśli chodzi o nieprzekraczanie granicy bólu czy znużenia, to podejście treningowe jest mi bliskie ;)

@Zinow, miło było Cię zobaczyć, kiedy wybiegłeś zza torów :) No właśnie, to, o czym piszesz (strach przed odpuszczaniem raz, żeby z jednego razu nie zrobił się nawyk), mieści się w moich ostatnich przemyśleniach odnośnie swojego odpuszczania.