Zaprawdę powiadam Wam, nie chorujcie. W trzecim tygodniu planowych treningów pochorobowych stwierdzam, że moja forma spadła do poziomu dawno niewidzianego i nie wiem, kiedy wróci. Posługując się terminologią geograficzną, jeszcze nie jest to Rów Mariański, ale możemy mówić już o depresji Morza Martwego. O osiągnięciu stanu lepszego niż na Biegu Niepodległości na razie nie śmiem nawet marzyć.
We wtorek wieczorem wybraliśmy się z mężem na nasz wybieg, czyli do Ogrodu Saskiego. Kiedy wychodziliśmy z domu, na termometrze było raptem -4, więc ubrałam się tak, żeby nie ulec roztopieniu podczas kilometrówek w wysokim drugim zakresie: cieńszy podkoszulek termalny z długimi rękawami, ocieplana bluza do biegania, cieniutka wiatrówka, krótkie termogatki, ocieplane legginsy, ogólnoroczne skarpety biegowe (nawiasem mówiąc, nie mam czegoś takiego jak biegowe skarpety zimowe - jeśli temperatura spadnie poniżej -20, rozważę bieganie w skarpetach narciarskich albo ogłoszę strajk i oflaguję się pod kocem), polarowa czapka, polarowy szalik i polarowe rękawiczki. Zdążyłam zmarznąć zanim dobiegliśmy do parku, ale tam zaczęliśmy pierwszą kilometrówkę, więc od razu zrobiło mi się ciepło. Podczas truchtu w przerwie znowu zmarzłam. I tak na zmianę. Przy ostatnich dwóch kilometrówkach było mi już zimno nawet podczas szybszego biegu, bo temperatura wyraźnie spadła, a w dodatku zerwał się wiatr, który, motyla noga, zawsze wiał prosto w nos. Kiedy wróciliśmy do domu, termometr pokazywał już -9, choć odczuwalna temperatura musiała być niższa.
Tak przy okazji, czy widzieliście te czarne plastry (?), które nosi Justyna Kowalczyk? Przydałyby mi się takie jako siding na zatoki (zdjęcie skopiowałam ze strony serwisu sportowego gazeta.pl).
No dobrze, jeszcze o treningu: tempo kilometrówek nie zachwyca. Pierwszą pobiegłam zdecydowanie za szybko i od razu "spuchłam". Aha, zanim zapomnę, kolejna dygresja - służby miejskie w tym roku chyba olały odśnieżanie alejek parkowych, zatem biegaliśmy po śniegu wymieszanym z solą; na niektórych odcinkach mieszanka była udeptana, na innych nie za bardzo. Mam wrażenie, że oprócz szybkości (hy hy hy), popracowałam wczoraj również nad siłą. O szlifowaniu techniki raczej nie było mowy. Wracając do tempa: 1 km - 4:32 min/km, 2 km - 4:50 min/km, 3 km - 4:53 min/km, 4 km - 4:57 min/km, 5 km - 5:03 min/km, 6 km - 4:58 min/km. Przerwy trwały 4 minuty i robiłam je w bardzo wolnym truchcie. Łącznie, czyli razem z rozgrzewką i schłodzeniem, przebiegłam 11 km.
Wewnętrzny hipochondryk orzekł niechybne zapalenie płuc, a wewnętrzny pesymista - nieudany sezon wiosenny. Jednakże, po gorącym prysznicu, kilku kubkach wrzącej herbaty z cytryną i malinami oraz opatuleniu się dwoma polarami, wreszcie osiągnęłam zarówno równowagę termiczną jak i poziom optymizmu, który pozwala mi na spokojne czekanie na formę.
A jutro potruchtam sobie świątecznie po lesie i zrobię domową siłownię.
środa, 5 stycznia 2011
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

4 komentarze:
a może by do sauny się udać?
Haniu, zimno mi się zrobiło od samego czytania.
Uch, ależ ty musisz kochać to bieganie...
Aniu, coś w tym jest :)
Hej, będzie dobrze. Zawsze jak czuję się podle, to już widzę czarno wszystko po horyzont, a jak infekcja mija i organizm naturalnie się regeneruje, to znów świat jest ok, bo sie okazuje że spadek formy był tylko chwilowy i po 1-2 tyg. wraca wszystko do normy. Raz tylko trenowałam z mega kaszlem i dobrze na tym nie wyszłam - skończyło się na "Maszeruję-kibicuje" ;-))))
Ava, dzięki za pocieszenie :) Czekam cierpliwie i lecę na trening!
Prześlij komentarz