Im bardziej nie biegam, tym bardziej robię się nerwowa. Bim bom.
Na biegowym bezrybiu każda forma ruchu wydaje się dorodną rybą. Np. ćwiczenia rozciągające zadane przez osteopatę albo siłownia. Na siłowni przekonałam się, że 3 minuty truchtu w tempie 7 min / km to dla łydki zbyt duże obciążenie. Jeśli kiedykolwiek narzekałam, że bieganie na bieżni jest nudne, odszczekuję teraz trzykrotnie (hau hau hau), bo nie ma chyba nic nudniejszego niż marsz na bieżni. Za to ćwiczenia na tzw. górne partie okazały się być niezwykle zajmujące. Obróbce zostały poddane: bicepsy, tricepsy, obręcz barkowa, ramiona, klatka, plecy i brzuch. Nogi tylko porozciągałam - przez to, że instynktownie obciążam lewą nogę, żeby oszczędzać prawą łydkę, dwugłowy i łydka w lewej nodze są ściągnięte znacznie mocniej niż zwykle.
Z dobrych nowin: skończyło się embargo na cukier. Mogę jeść już wszystkie owoce (mam nadzieję, że winogrona będą jeszcze jadalne - od kilku tygodni starałam się przechodzić obok straganów z tymi owocami, patrząc w inną stronę), miód. Białego cukru powinnam jednak nadal unikać. Spróbuję przygotować się do wiosennego maratonu bez kupnych izotoników (wdrożę patent pt. woda z miodem, cytryną i odrobiną soli), żeli energetycznych i batonów. Jestem ciekawa, jak mój organizm zniesie ten eksperyment. W sumie, przygotowania do niepodległościowej dziesiątki oraz sam bieg, z całkowitym wyłączeniem cukru z jadłospisu, zniosłam zaskakująco dobrze, żeby nie powiedzieć: znakomicie.
Dostałam zaproszenie na zimowy obóz biegowy. Bardzo, bardzo, bardzo chciałabym pojechać, ale chyba nic z tego nie wyjdzie, zwłaszcza jeżeli mamy wpasować w sezon zimowy choć tydzień na nartach. Swoją drogą, ostatnio śniło mi się, że zjeżdżam po ośnieżonym stoku. Piękny sen.
W okolicach Świąt zacznę realizować 16-tygodniowy plan pod maraton w Krakowie. Na razie, niezależnie od hołubienia mięśnia brzuchatego, mogę robić wszystko tylko raczej nie biegać. Jeśli już bardzo będę musiała, mogę sobie przetruchtać kilka kilometrów przy niedzieli, pod warunkiem, że w trakcie truchtu zatrzymam się na kilka - kilkanaście minut ćwiczeń. To, oczywiście, pod warunkiem, że będę już w stanie truchtać. Najlepiej, gdybym skupiła się na ćwiczeniach ogólnorozwojowych i rozciąganiu oraz, hy hy hy, wrzuciła parę kilo. Chociaż 2-3, bo i tak stopnieją na wiosnę, a z tego, co na mnie zostało, już lepiej, żeby nic nie uległo wiosennym roztopom.
To byłoby na tyle, jeśli chodzi o aktualną aktywność ruchową oraz widoki na najbliższe tygodnie. Aha, zapomniałabym o planach treningowych na weekend: zamierzam potrenować sen dziewięciogodzinny i popołudniową drzemkę. Być może popracuję również nad wrzucaniem kilogramów, zwłaszcza że od paru dni chodzą za mną placki ziemniaczano-cukiniowe i zupa z brokułów.
I (piszę to z naprawdę ciężkim sercem) pójdę na spacer.
A Wy?
piątek, 26 listopada 2010
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
9 komentarzy:
placki ziemniaczano-cukiniowe - brzmi cudownie!
życzę szybkiego powrotu do zdrowia i biegania!
Popołudniowa drzemka to jedna z moich ulubionych dyscyplin sportowych. Podobno bardzo dobrze wpływa na zdrowie, prawie tak jak bieganie. Jak mam możliwość trenuję regularnie, ostatnio niestety dość rzadko.
Trzymam kciuki, żebyś jak najszybciej wrócił do biegani :)
A jedną z moich ulubionych dyscyplin sportowych poza bieganiem jest leżenie z laptopem i jakimś fajnym serialem, oglądanym po kilka odcinków naraz. W ten weekend trenuję z "In treatment" :-)
Nic dziwnego, że stajesz się nerwowa :) uzależnieni tak mają ;) Tylko za bardzo się nie wyleguj, żeby przypadkiem Ci się nie spodobało :)I żebyś się czasem hi hi nie uzależniła ;)pozdrawiam wszystkiego dobrego :)
Też się robię nerwowy bez biegania :/
@Ironwoman, dziękuję!
@Zinow, dla mnie jest to luksus dostępny niezwykle rzadko. Najchętniej drzemałabym codziennie, ale musiałabym: a) wstawić sobie w pracy leżankę, b) zabarykadować drzwi, c) wyłączyć telefon ;)
@Emilia, a co to za serial? My w tej chwili męczymy 4 serię "Prison break". Masochizm :)
@Tete, dzisiaj zrobiłam się bardzo nerwowa na widok dwóch truchtaczy. Ech...
@Mateusz, trzeba być twardym ;)
Uwierz, bez biegania da się przeżyć dużo dłużej ;)
Trenowanie drzemek i przewalania się z książką/filmem pod kocykiem to również moja ulubiona dyscyplina :)
Aha! Mogę Ci oczywiście dać parę moich zbędnych kg!
Oj widzę że sporo wydarzeń podczas mojej nieobecności - i to "niezaciekawych". Trzymam Hanka kciuki za szybki powrot łydki do zdrowia, myslę że do Cracovii sto razy zdąży się wyleczyć. A tak w ogóle to z tego co zrozumiałam, samodzielne proby biegów ze środstopia mogą skończyć się kontuzją i lepiej robić to pod okiem jakiegoś trenera?
PS. pewnie to nie pocieszenie, ale mój mąż pojechał ze mną na szkolenie narciarskie dość świeżo po kontuzji stawu skokowego. Pojeżdził godzinę bo tak bolało. Cały wyjazd przespacerował :(
@Midi, odnajduję się w nowej dyscyplinie i mam już swoje skromne osi ągnięcia ;)
@Ava, bieganie ze śródstopia można ćwiczyć solo, byle stopniować dystans i obciążenia. Współczuję mężowi - niech mu się staw skokowy prędko goi!
Prześlij komentarz