W tym tygodniu środa wypadła w poniedziałek, czyli clubbing środowy odbył się dwa dni wcześniej niż zwykle. Zrobiliśmy wolniutką rozgrzewkę: wokół kanałów, w górę - do Alej Ujazdowskich, obok Zamku Ujazdowskiego i schodami w dół - prosto na stadion. Tam padła komenda: 6 x 400 m w tempie startowym, jedna minuta przerwy w truchcie. Obliczyłam, że jedna Agrykola = 400 m = 1min 58 sek. I ruszyłam pod prąd, czyli w prawo. Musiałam szybko zrezygnować z pozostawania w opozycji, bo tłok na bieżni panował spory. W dodatku zderzyłam się boleśnie z własnym mężem. On patrzył w inną stronę, a ja ustępowałam miejsca biegnącej z naprzeciwka pani.
Biegałam stanowczo za szybko. Na żadnym okrążeniu nie utrzymałam tempa 4:54 (4:31, 4:28, 4:45, 4:38, 4:40, 4:45). Chyba nie nadaję się do precyzyjnych treningów, albo powinnam do nich jeszcze potrenować ;)
Wtorek wypadł we wtorek, co zazwyczaj oznacza siódme poty na siłowni. Dziś było inaczej - siłownia w wersji subtelnej: ćwiczenia na małych obciążeniach i z niewielką ilością powtórzeń.
Jutro odpoczywam od biegania, a w czwartek będzie jak będzie.
wtorek, 9 listopada 2010
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
5 komentarzy:
to jest z-bieg okoliczności w tłumie zderzyć się z własnym mężem :D
też czekam na czwartek, mam tremę jak przed maratonem ;)
@Zielenina, może i dobrze się stało, bo mogłam zderzyć się z kimś z, emmm, wyższej kategorii wagowej ;)
@Run, ja troszkę też ;)
Nieamowite to jest, że jeszcze się nie natknęłam na biegacza stołecznego, który nie miałby zamiaru biec w BN - całe miasto tym żyje!
Trzymam kciuki za Wasze życiówki :)
Midi, dziękuję! W BN będę biegła drugi raz. Dwa lata temu zrobiłam w nim swój najgorszy wynik na 10 km ;) Rok temu nie biegłam, bo byłam daleko.
Prześlij komentarz