poniedziałek, 15 listopada 2010

Dwie ściany

Przeczytałam post Emilii o trudnościach w czasie biegu. Czy warto myśleć o ścianie i innych nieprzyjemnościach mogących się zdarzyć w trakcie maratonu? Może warto. Kilka maratonów, które przebiegłam, nauczyło mnie m.in. tego, że na ścianę czy inny poważny kryzys trzeba solidnie i uczciwie zapracować. Nic nie przychodzi ot, tak sobie.

Przykłady?

Na ścianę numer 1 wpadłam podczas swojego maratońskiego debiutu - 30 Maratonu Warszawskiego. Startowałam bez żadnych założeń czasowych, tylko z pobożnym życzeniem ukończenia biegu i skrytym marzeniem, aby zrobić to w 5 godzin. Już na samym początku popełniłam wielki błąd - mijałam beztrosko kolejne punkty z piciem i cieszyłam się, że biegnę "szybko" i "nic mi nie jest". Po pierwszy kubek wody sięgnęłam chyba na 15 km. Kiedy zbiegłam z Mostu Świętokrzyskiego (to był półmetek), poczułam dziwną ociężałość w nogach i lekkość w głowie. Mocno zwolniłam i poprosiłam brata, który wiózł nasze odżywki o bidon z izotonikiem. Zaczęłam przeplatać bieg marszem. Coś tam popijałam, minęliśmy 25 km, potem 30 km. Tempo spadało systematycznie.

Kiedy dobiegliśmy do słynnego prominenckiego osiedla, nazywanego przez lud warszawski "Zatoką Świń", nagle stwierdziłam, że nie jestem w stanie zrobić ani jednego kroku i że muszę, ale to MUSZĘ, usiąść na krawężniku, zanim nastąpi kolejny kryzys kubański. Usiadłam. Niezbyt dużo pamiętam. Tylko tyle, że bardzo chciałam już na tym krawężniku zostać i czekać na samochód z napisem "koniec wyścigu". Chyba miałam zamiar się położyć, bo nawet siedzenie sprawiało mi trud. Mąż i brat wypakowali odżywki, wepchnęli we mnie ze dwa żele, dali wodę. Posiedziałam jeszcze troszkę (nie wiem, jak długo) i stwierdziłam, że spróbuję się przejść do nawrotki przy Pałacu Wilanowskim. Od nawrotki postanowiłam pokonać paręset metrów za Restaurację Inną Niż Wszystkie. Potem przypomniałam sobie, że dalej, na Wiertniczej, będzie czekała 7-letnia siostrzenica męża, która specjalnie dla nas przygotowała piękny transparent i że głupio będzie nawet obok niej nie przebiec. Jakoś poszło i nawet udało mi się zrobić dosyć szybkie (jak na ówczesne możliwości) 2 km finiszu. Skończyłam z czasem 4:57. Tamtego krawężnika nie zapomnę.

Ze ścianą numer 2 zderzyłam się na trzecim maratonie, o którym pisałam już niejednokrotnie - 10 Maratonie Poznańskim. Antybiotyk, niedokurowane zatoki, przerwa w treningach. Co to dla mnie! Startuję i koniecznie biegnę na 3:59:59. Nawet jeśli rano zwymiotowałam śniadanie, bo zakrztusiłam się pastą do zębów i na linii startu stanęłam mając w żołądku pół batonika i parę gryzów banana. Pierwsze 10 km jakoś poszło. Zatankowałam cały żel. Około 14 km zobaczyłam, że baloniki z napisem 4:00 przesunęły się nieznacznie do przodu. Między 17 a 18 km postanowiłam już ich nie gonić. Na 20 km rozejrzałam się za izotonikiem, bo w brzuchu burczało mi żałośnie. Izotoników nie było, za to mogłam urządzić sobie kąpiel tzw. wodzie źródlanej. Nie było ich na 25 km, na 30 km ani na 35 km. Wlokłam się więc od punktu odżywiania do punktu odżywiania, trochę przysiadając, trochę przystając, czasem nawet kawałek podbiegłam, a głównie szłam. Oczywiście, nawet nie wpadłam na to, żeby po prostu zejść z trasy i dać sobie spokój. To było 20 km ściany. Albo raczej Wielkiego Muru.

Izotoniki pojawiły się na 40 km. Wypiłam kilka kubków słodkiej ohydy i zaczęłam biec. Moja misja głupoty zakończyła się wynikiem.... 4:49. I strasznym wycieńczeniem, którego skutki odczuwałam jeszcze przez kilka tygodni.

Tak więc teraz myślę sobie, że o ścianie warto pamiętać po to, żeby w trakcie maratonu nie popełniać głupich błędów, za które czeka nieuchronna pokuta. I nie ma co doszukiwać się w sobie jej symptomów - jeśli przyjdzie, trudno będzie ich nie zauważyć :)

7 komentarzy:

zinow pisze...

Nic tylko pogratulować hartu ducha, bo dwa razy wykazałaś się ogromną wytrzymałością psychiczną.
Poza tym fajnie, że opisałaś błędy, które popełniłaś, bo inni (w tym ja) będą mieli szansę ich uniknąć. Z drugiej strony mam wrażenie, że rezygnacja ze startu, do którego ktoś przygotowuje się dłuższy czas, nawet w obliczu choroby, może być wyzwaniem ponad siły.

Ava pisze...

Tak, tak, bardzo pouczający tekst :-) Dzięki! Ale faktycznie hartu ducha Ci nie zabrakło. Ja przez sekundę miałam szalony pomysł żeby wystartować w Maratonie Warszawskim jak tyle znajomych wirtualnych startowało, ale na szczęście ten idiotyczny pomysł nie został zrealizowany - dodatkowo byłam przeziębiona więc skończyłabym pewnie zejściem (ostatecznym, a jeśli nie to przynajmniej z trasy). Im dłużej biegam tym więcej respektu dla tego dystansu nabywam

Hankaskakanka pisze...

Chciałabym wnieść sprostowanie - to drugie nie było żadnym hartem ducha, tylko oślim uporem ;) Miło mi, że podobał Wam się ten post.

drproctor pisze...

Błędy dlatego są błędami, że są głupie jak powtarzała nam pani doktor od... matematyki, po każdym kolokwium - to raz;)
Ponoć co nas nie zabije, to nas wzmocni - to dwa.
Mówią, że jeśli na maratonie nie spotkałeś ściany (mniejszej lub większej) to albo biegniesz zdecydowanie za wolno albo po złoto olimpijskie - to trzy.
Najważniejsze to uczyć się na błędach (własnych, choć najlepiej cudzych) - to cztery.

A ja wciąż czekam na tą ścianę, która mnie nie zatrzyma (na razie mam za sobą dwie, które bolały).

tete pisze...

W sporcie tak to już jest zwycięża się lub przegrywa w wyniku błędów przeciwnika lub własnych :) Zauważyłem im więcej mam na koncie maratonów tym więcej widzę popełnionych "byków" w przygotowaniu, ubiorze, odżywianiu, nawadnianiu, czy taktyce biegu ;)Najważniejsze wyciągać wnioski
I nie ważne jak zwał: hart ducha czy ośli upór ;) nastawienie psychiczne w biegach długodystansowych to podstawa :)pozdrowionka

Hankaskakanka pisze...

Tete, wszystko święta prawda :)

Unknown pisze...

Bardzo cenne wskazówki, dzięki :-)

Zdecydowanie warto o tym wszystkim wiedzieć, żeby ścianie zapobiec, a jak już wystąpi, to ją pokonać.

No i tak, ciężko byłoby odpuścić sobie bieg po miesiącach przygotowań z powodu choroby...