piątek, 5 listopada 2010

Mokro

Po wyjątkowej urody październiku i nieomal upalnym Święcie Zmarłych (śmiałam się ostatnio, że w to święto mamy od paru lat lepszą pogodę niż w Boże Ciało), przyszły dni mokrej szmaty. Co oznacza, że niebo jest bardzo dokładnie przykryte grubą warstwą burych chmur, z których coś kapie. Jeśli nic nie kapie, zrywa się wiatr. Nuda nie grozi.

Skończyły mi się ogórki kiszone i koksy pomarańczowe, a kukurydzianego chleba (przypominającego trochę ten "normalny"), w tym tygodniu nie dowieźli do pobliskiego sklepu ze zdrową żywnością. Warto jednak odnotować sukces logistyczny: po prawie 2 miesiącach czekania i 3 wizytach serwisantów mamy wreszcie naprawiony piekarnik. Być może wkrótce zacznę chlebowe eksperymenty.

No dobrze, może warto napisać coś o bieganiu. A, tu też przynudzę: po clubbingu została mi pamiątka w postaci spiętego lewego pośladka i zakwasu w lewej łydce. Wspomniałam o tym Agnieszce "No tak - masz zrotowane prawe biodro, wokół stadionu biegasz w lewo, czyli obciążając cały czas w lewą stronę - następnym razem biegaj w prawo." Aha!

Wczoraj była siłownia i zestaw obowiązkowy, czyli rozgrzewka na bieżni i przysiady ze sztangą. Zbliżającą się zimę rozpoznaję między innymi po stopniowym zwiększaniu obciążeń - wczorajsze wyniosło 37.5 kg + gryf. Na szczęście robię te przysiady w tzw. klatce, w której "suwnica" pomaga mi radzić sobie z ciężarem jedynie nieco mniejszym od mojej aktualnej wagi. Robiłam jeszcze ćwiczenia pliometryczne (nie znoszę ich, ale czasem trzeba pocierpieć), popracowałam nad wzmocnieniem wątłych barków i tego, co mam w miejscu bicepsów. Wróciłam do domu niesamowicie głodna i kibicowałam gorąco gotującemu się makaronowi.

Dzisiaj zrobiłam niespodziewany i niezaplanowany trening. Byłam umówiona po pracy na odczulanie, więc, naiwnie i głupio, zabrałam samochód. Kiedy już wreszcie przebiłam się do centrum, stwierdziłam, że zostawię cztery koła w domu, przebiorę się w rzeczy do biegania i potruchtam sobie te parę kilometrów, zamiast kląć w żywe kamienie za kółkiem, zwiększając przy tym stężenie spalin. Dotruchtałam, załatwiłam sprawę, a powrót miałam znacznie raźniejszy niż trucht. Po drodze zaczepiał mnie stojący na mijanym przystanku młody człowiek, ubrany w strój stylizowany na sportowy i zdradzający objawy przedawkowania napojów izotonicznych lub innych suplementów diety (obstawiałabym nawet to drugie). Myślę, że profilaktycznie przeleciałam około kilometra ultra-sprintem.

Niespodziewany trening wyniósł łącznie 5 km. Czuję, że bolą mnie nogi po przysiadach i tej przeklętej pliometrii.

Jutro nie pojadę do lasu - za dużo spraw do załatwienia, a poza tym ma strasznie lać. Niezależnie od pogody, w niedzielę zrobię planowe 2 x 3 km OWB2 z 2-minutowymi przerwami i 1 km "w trupa".

Na deser wklejam link do bardzo ładnego felietonu Christophera McDougala (tak, tego od "Natural born runners") z New York Times. Dostałam go wczoraj od koleżanki i chciałam się nim podzielić.

Byłabym zapomniała: zapisaliśmy się na Bieg Andrzejkowy. I w przyszłym tygodniu przyjedzie do mnie nowiuteńki Montalbano.

Miłego weekendu!

5 komentarzy:

Ava pisze...

Mi też się podoba bieganie po mieście zamiast tkwienia w korku - z takim pobłażaniem i współczuciem się wtedy patrzy na "zapuszkowanych" i wkurzonych kierowców. Ale jak trzeba przewieźć dzieci albo przedmioty, to tu niestety trzeba się zapuszkować :-)
Co do jesieni to faktycznie się "zeszmaciła" bo niebo jest w kolorze burej szmaty, a poza tym przemoknięty człowiek to zły człowiek, więc wcale nie biega się tak fajnie (czego doświadczyłam dziś). Ale już niedługo zima, prawda? :-)))

PS> Zdradź sekret co z tymi koksami pomarańczowymi, gdzie je kupujesz i czy faktycznie takie pyszne. Chętnie bym spróbowała

Hankaskakanka pisze...

Koksy pomarańczowe to, moim zdaniem, najlepsza odmiana jabłek. Teraz są najsmaczniejsze. Niestety, skończą się mniej-więcej w styczniu. Są bardzo soczyste, lekko kwaskowate (ale nie jest to stopień kwasowości typu antonówka ;)) i mają delikatny pomarańczowy posmak. Kupuję je na tzw. bazarze na dołku, czyli targowisku na Natolinie w każdą sobotę. Kosztują od 3 do 3.50 zł za kilogram. Jeśli nie ma koks (dzisiaj byliśmy zbyt późno i się skończyły), kupuję odmianę Rubin, ale te jabłka są już zdecydowanie słodsze.

zinow pisze...

Hanka, jeśli jedziesz jutro do lasu Kabackiego to lojalnie ostrzegam, że teraz tam jest raczej jezioro niż las ;)

Midi pisze...

Ej, nie marudź, macie piękną skandynawską pogodę! ;) Na którą to okoliczność zgodnie z Twoją radą zaopatrzyłam się właśnie w pełną kolekcję Sue Grafton (ale na razie jeszcze kilkanaście bardziej północnych autorów przede mną :))

Z jabłek dostępnych wszędzie i dość długo lubię ligole, ale trzeba wybierać te naprawdę twarde, z cienką skórką. Tutaj poluję na wszelkie golden-coś-tam, podobne do naszych ananasowych... Ech, polskie jabłka ;)

Hankaskakanka pisze...

Zinow, dziękuję za ostrzeżenie. Zabiorę buty i skarpetki na zmianę :)

Midi, podobno polskie jabłka są w Finlandii, przynajmniej widział je tam mój brat w swoich czasach stypendialnych. Kosztowały ponoć 3 razy tyle co błyszczące jabłka no-name z upraw kosmicznych ;) Których północnych autorów teraz czytasz? Gdybyś potrzebowała odmiany od SG, ale chciała pozostać wśród kryminałopisarek, polecam dodatkowo Minette Walters (aczkolwiek to już ciężki kaliber) i Sarę Paretsky. Jeśli będziesz chciała się wyśmiać - Janet Evanovich. Nie polecam Elisabeth George - Amerykanka próbująca pisać kryminały w angielskich realiach, co czasem wypada dość groteskowo :) Na razie więcej grzechów nie pamiętam. O, o, przepraszam - jeszcze Josephine Tey (w szczególności "Trudna decyzja panny Pym" / "Miss Pym Disposes" oraz "Morderstwo przed teatrem" / "The man in the queue").