Po wyjątkowej urody październiku i nieomal upalnym Święcie Zmarłych (śmiałam się ostatnio, że w to święto mamy od paru lat lepszą pogodę niż w Boże Ciało), przyszły dni mokrej szmaty. Co oznacza, że niebo jest bardzo dokładnie przykryte grubą warstwą burych chmur, z których coś kapie. Jeśli nic nie kapie, zrywa się wiatr. Nuda nie grozi.
Skończyły mi się ogórki kiszone i koksy pomarańczowe, a kukurydzianego chleba (przypominającego trochę ten "normalny"), w tym tygodniu nie dowieźli do pobliskiego sklepu ze zdrową żywnością. Warto jednak odnotować sukces logistyczny: po prawie 2 miesiącach czekania i 3 wizytach serwisantów mamy wreszcie naprawiony piekarnik. Być może wkrótce zacznę chlebowe eksperymenty.
No dobrze, może warto napisać coś o bieganiu. A, tu też przynudzę: po clubbingu została mi pamiątka w postaci spiętego lewego pośladka i zakwasu w lewej łydce. Wspomniałam o tym Agnieszce "No tak - masz zrotowane prawe biodro, wokół stadionu biegasz w lewo, czyli obciążając cały czas w lewą stronę - następnym razem biegaj w prawo." Aha!
Wczoraj była siłownia i zestaw obowiązkowy, czyli rozgrzewka na bieżni i przysiady ze sztangą. Zbliżającą się zimę rozpoznaję między innymi po stopniowym zwiększaniu obciążeń - wczorajsze wyniosło 37.5 kg + gryf. Na szczęście robię te przysiady w tzw. klatce, w której "suwnica" pomaga mi radzić sobie z ciężarem jedynie nieco mniejszym od mojej aktualnej wagi. Robiłam jeszcze ćwiczenia pliometryczne (nie znoszę ich, ale czasem trzeba pocierpieć), popracowałam nad wzmocnieniem wątłych barków i tego, co mam w miejscu bicepsów. Wróciłam do domu niesamowicie głodna i kibicowałam gorąco gotującemu się makaronowi.
Dzisiaj zrobiłam niespodziewany i niezaplanowany trening. Byłam umówiona po pracy na odczulanie, więc, naiwnie i głupio, zabrałam samochód. Kiedy już wreszcie przebiłam się do centrum, stwierdziłam, że zostawię cztery koła w domu, przebiorę się w rzeczy do biegania i potruchtam sobie te parę kilometrów, zamiast kląć w żywe kamienie za kółkiem, zwiększając przy tym stężenie spalin. Dotruchtałam, załatwiłam sprawę, a powrót miałam znacznie raźniejszy niż trucht. Po drodze zaczepiał mnie stojący na mijanym przystanku młody człowiek, ubrany w strój stylizowany na sportowy i zdradzający objawy przedawkowania napojów izotonicznych lub innych suplementów diety (obstawiałabym nawet to drugie). Myślę, że profilaktycznie przeleciałam około kilometra ultra-sprintem.
Niespodziewany trening wyniósł łącznie 5 km. Czuję, że bolą mnie nogi po przysiadach i tej przeklętej pliometrii.
Jutro nie pojadę do lasu - za dużo spraw do załatwienia, a poza tym ma strasznie lać. Niezależnie od pogody, w niedzielę zrobię planowe 2 x 3 km OWB2 z 2-minutowymi przerwami i 1 km "w trupa".
Na deser wklejam link do bardzo ładnego felietonu Christophera McDougala (tak, tego od "Natural born runners") z New York Times. Dostałam go wczoraj od koleżanki i chciałam się nim podzielić.
Byłabym zapomniała: zapisaliśmy się na Bieg Andrzejkowy. I w przyszłym tygodniu przyjedzie do mnie nowiuteńki Montalbano.
Miłego weekendu!
piątek, 5 listopada 2010
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
5 komentarzy:
Mi też się podoba bieganie po mieście zamiast tkwienia w korku - z takim pobłażaniem i współczuciem się wtedy patrzy na "zapuszkowanych" i wkurzonych kierowców. Ale jak trzeba przewieźć dzieci albo przedmioty, to tu niestety trzeba się zapuszkować :-)
Co do jesieni to faktycznie się "zeszmaciła" bo niebo jest w kolorze burej szmaty, a poza tym przemoknięty człowiek to zły człowiek, więc wcale nie biega się tak fajnie (czego doświadczyłam dziś). Ale już niedługo zima, prawda? :-)))
PS> Zdradź sekret co z tymi koksami pomarańczowymi, gdzie je kupujesz i czy faktycznie takie pyszne. Chętnie bym spróbowała
Koksy pomarańczowe to, moim zdaniem, najlepsza odmiana jabłek. Teraz są najsmaczniejsze. Niestety, skończą się mniej-więcej w styczniu. Są bardzo soczyste, lekko kwaskowate (ale nie jest to stopień kwasowości typu antonówka ;)) i mają delikatny pomarańczowy posmak. Kupuję je na tzw. bazarze na dołku, czyli targowisku na Natolinie w każdą sobotę. Kosztują od 3 do 3.50 zł za kilogram. Jeśli nie ma koks (dzisiaj byliśmy zbyt późno i się skończyły), kupuję odmianę Rubin, ale te jabłka są już zdecydowanie słodsze.
Hanka, jeśli jedziesz jutro do lasu Kabackiego to lojalnie ostrzegam, że teraz tam jest raczej jezioro niż las ;)
Ej, nie marudź, macie piękną skandynawską pogodę! ;) Na którą to okoliczność zgodnie z Twoją radą zaopatrzyłam się właśnie w pełną kolekcję Sue Grafton (ale na razie jeszcze kilkanaście bardziej północnych autorów przede mną :))
Z jabłek dostępnych wszędzie i dość długo lubię ligole, ale trzeba wybierać te naprawdę twarde, z cienką skórką. Tutaj poluję na wszelkie golden-coś-tam, podobne do naszych ananasowych... Ech, polskie jabłka ;)
Zinow, dziękuję za ostrzeżenie. Zabiorę buty i skarpetki na zmianę :)
Midi, podobno polskie jabłka są w Finlandii, przynajmniej widział je tam mój brat w swoich czasach stypendialnych. Kosztowały ponoć 3 razy tyle co błyszczące jabłka no-name z upraw kosmicznych ;) Których północnych autorów teraz czytasz? Gdybyś potrzebowała odmiany od SG, ale chciała pozostać wśród kryminałopisarek, polecam dodatkowo Minette Walters (aczkolwiek to już ciężki kaliber) i Sarę Paretsky. Jeśli będziesz chciała się wyśmiać - Janet Evanovich. Nie polecam Elisabeth George - Amerykanka próbująca pisać kryminały w angielskich realiach, co czasem wypada dość groteskowo :) Na razie więcej grzechów nie pamiętam. O, o, przepraszam - jeszcze Josephine Tey (w szczególności "Trudna decyzja panny Pym" / "Miss Pym Disposes" oraz "Morderstwo przed teatrem" / "The man in the queue").
Prześlij komentarz