środa, 17 listopada 2010

Berlin

Między życiówką w BN a powrotem do rzeczywistości był jeszcze tzw. długi weekend, który skwapliwie wykorzystaliśmy na wyjazd do Berlina. Pierwotnie chcieliśmy urwać się do bella Italia, ale koszty tego przedsięwzięcia (bilety lotnicze) skutecznie nas zniechęciły. Wygląda na to, że zastępy Polaków świętowały rocznicę odzyskania niepodległości, interpretując opacznie słowa Mazurka Dąbrowskiego i powędrowały z ziemi polskiej do włoskiej.

A my świętowaliśmy podwójnie - niepodległość i życiówkę - u byłego zaborcy.

Nigdy nie byłam w Berlinie (choć moja mama twierdzi, że to nie prawda, bo podobno zwiedzałam Berlin Wschodni w życiu płodowym). Moja znajomość Niemiec ogranicza się do kolonii u schyłku NRD, z których pamiętam migawkowo piękne górskie krajobrazy, portret Ericha Honeckera, wiszący w stołówce i apele enerdowskich pionierów. W nieco starszym wieku objechałam niezwykle urokliwą Rugię. I na tym koniec.

Przez 3 dni złaziliśmy się jak osły. I tak widzieliśmy tylko cząstkę tego, co podobno trzeba koniecznie zobaczyć. Wystarczająco dużo, żeby z zzielenieć z zazdrości, bo: a) mają Neue Nationalgalerie (galeria sztuki współczesnej) w budynku zaprojektowanym przez Miesa van der Rohe, z taką kolekcją, że klękajcie narody, a jeszcze płaczą, że im część zginęła przez... Nazistów, b) mają muzeum Bauhausu w budynku zaprojektowanym, a jakże, przez Waltera Gropiusa, c) mają ścieżki rowerowe i parkingi dla rowerów WSZĘDZIE i naród roweruje aż miło, d) mają najlepszą komunikację miejską, z jakiej kiedykolwiek korzystałam, e) można przyjść do knajpy z psem i dwumiesięcznym dzieckiem, a obsługa i inni goście będą się uśmiechali i do jednego i do drugiego, f) nie mają ani jednej psiej kupy na chodniku czy trawniku.

Oj, fajnie byłoby kiedyś pobiec tam w maratonie.











PS. Przez cały pobyt nie biegaliśmy. W ogóle.

9 komentarzy:

tete pisze...

Też marzy mi się berliński maraton :) Jak w zeszłym roku spędzałem weekend w Berlinie to rano widząc co rusz kogoś biegnącego myślałem, że może robią jakąś imprezę biegową :)Fajne fotki, przy pozostałościach muru mam zdjęcie w czapce radzieckiego sołdata ;)pozdrowionka

drproctor pisze...

W 2011 chciałbym "dokończyć" Koronę ale na 2012 planuję jakiś maraton u sąsiadów. W tej chwili waham się między Pragą a Berlinem właśnie, chociaż jak ostatnio mknąłem autostradą A10 w kierunku Berliner-Ring oczami wyobraźni już widziałem się przemierzającego ulice stolicy Niemiec z numerem na piersi.
Haniu, Tete - to może wspólny wypad na der Berliner Marathonlauf?

Hankaskakanka pisze...

To bardzo fajny plan na jesień 2012!! Kiedy szliśmy Unter den Linden, widziałam siebie, robiącą finisz pod Bramą Brandenburską ;)

PS. Stwierdzam (z mściwą satysfakcją), że w Lesie Kabackim w niedzielę widać więcej biegaczy niż w Tiergarten ;)
PS2. DrProctor, Ty to masz dobrze - do Berlina rzut beretem!

Unknown pisze...

Uwielbiam Berlin! Gdybym miała mieszkać w innym mieście niż Warszawa, to chciałabym właśnie tam. A jak kiedyś byłam tam na kilka dni, w dzielnicy, w której się zatrzymałam, Schoeneberg, w weekendowy poranek widziałam tylu biegaczy, że Warszawa niestety może się schować :-/

Ironwoman pisze...

Hanka, fajna wycieczka i ładne zdjęcia! Rok albo 2 lata temu byłam w Berlinie i akurat trafiłam na maraton (ja nie biegłam). Rzeczywiście jest wielu biegaczy, ale równie wiele grubasów obżerających się wurstami :)

zinow pisze...

Podobno maraton berliński jest miły, szybki i przyjemny, na tyle, na ile maraton może być miły, szybki i przyjemny. A, że dodatkowo jest dość blisko, też go planuję w przyszłości przebiec, jako jeden z pierwszych zagranicznych, mglisto majaczy mi na horyzoncie rok 2014. Swoją drogą, jakoś dziwnie się czuję, robiąc plany na "za 4 lata".
ps. Jak to cały wyjazd nie biegaliście. Da się w ogóle tak? ;)

Hankaskakanka pisze...

No tak, wyglądających na wielbicieli wurstów było trochę :)
Jeśli chodzi o niebieganie przez CAŁE trzy dni - po maratonie nie biegałam przez tydzień i żyję ;)

tete pisze...

wow przez tydzień ?! mnie po dwóch dniach niebiegania tak palą pięty, że nie mogę sobie znaleźć miejsca ;)No i podobno staję się rozdrażniony :)Pozdrawiam :)

Hankaskakanka pisze...

Stan ten nie jest mi obcy ;)