niedziela, 5 września 2010

Zakichane długie wybieganie

Lubię długie wybiegania, kiedy nie trzeba patrzeć na zegarek, kiedy nogi same niosą i kolejne kilometry mijają sobie w swoim własnym rytmie. Mam wtedy czas na rozejrzenie się po lesie, nie tylko w sposób strategiczny (czy zdążę wyminąć tę rodzinę ZANIM zderzę się z jadącym z naprzeciwka rowerzystą, czy będę musiała zwolnić / przyspieszyć / uskoczyć do rowu?), lecz tak - dla przyjemności. Mogę nawet rozmawiać, bo biegnę spokojnie, wolniutko. Ale najbardziej lubię zająć się wtedy swoimi myślami, które po prostu sobie płyną.

Szkoda, że dzisiaj nie było tak przyjemnie. Od kilku dni mam nawrót swojej zmory z zeszłej jesieni - podobno były to zatoki, lecz żadne badania tego nie potwierdziły. Nie wiem co to jest / było. Fakty są takie: ciężka głowa, zapchany nos i od czasu do czasu leje się z niego woda. Jak z kranu. Alergia? Może, choć testy u alergologa nic nie wykazały. Na razie łykam Sinupret i liczę na poprawę.

No więc swoje 25 km biegałam dzisiaj z pakietem chusteczek higienicznych, rytmicznie posmarkując, a czasem kichając. Przez zapchany nos i niezbyt płynne oddychanie miałam skoki tętna, więc i tempo rwane. A nogi tak przyjemnie sobie leciały i głowa tak chciała szybciej, szybciej. Nie dało się, jeżeli chciałam zostać w pierwszym zakresie. 6:14 min / km to mój dzisiejszy urobek na trasie 25,120. Tylko ostatni kilometr pobiegłam mocniej: poniżej 5 min / km.

Trzeba przyznać, że Las Kabacki wczesną jesienią jest urzekający - spadają pierwsze listki z brzóz, słońce prześwieca ukośnie przez gałęzie drzew, powietrze jest ostre i pachnie mokrym mchem. Można też było podziwiać (lub sfrustrować się) innych trenujących, np. gromadkę panów, którzy, jeśli biegali dziś w pierwszym zakresie, podejrzewam, że nastawiają się na schodzenie poniżej 2h40min w którymś z jesiennych maratonów. Spotkaliśmy kolegę z zeszłosobotniej sztafety - biedak ganiał dziś 4 x 4 km, czyli to, z czym zmagaliśmy się tydzień temu.

Jako osoba nierozsądna wystroiłam się w krótkie spodenki i koszulkę z krótkimi rękawami. Dobry wybór na bieganie po nasłonecznionej Polanie Powsińskiej, ale w lesie było mi miejscami zimnawo, zwłaszcza na tych ścieżkach, po których hulał wyraźnie jesienny wiatr. Kiedy dobiegłam do samochodu, natychmiast zmieniłam koszulkę na suchą, założyłam spodnie od dresu, opakowałam się w polar i kurtkę z kapturem. Czekając na robiącego parę kilometrów dłuższy trening męża, wypiłam pół litra izotoniku i zjadłam parę wafli ryżowych.

W domu porozciągałam się najlepiej jak potrafię, zrobiłam kilka asan i słynne ćwiczenia krótkiej stopy - wyszło tego w sumie ponad pół godziny tarzania po macie. Może dlatego nie czuję się jakoś specjalnie poobijana. Jeśli jeszcze nie rozłożę się na amen, uznam dzisiejszy dzień za pasmo sukcesów, mimo smarkania i tempa.

A poniżej: ścigający się z własnym cieniem na finiszu :)

9 komentarzy:

Zielenina pisze...

to ja się zupełnie bez sensu pochwalę, że wróciłam do tai chi!Byłam na pierwszych zajęciach i było rewelacyjnie :D

Hankaskakanka pisze...

Dlaczego bez sensu? Gratuluję i siem cieszę :)

Midi pisze...

Mnie katar przeważnie tak wykańcza, że odpuszczam wszystkie rodzaje aktywności. Długiego wybiegania bym nie przeżyła chyba...

Unknown pisze...

Ja w przypadku kataru typu "woda z nosa" ograniczam aktywnośc fizyczną do przełączania kanałów w telewizji, lub przewracania stron książki. A może to błąd, może takie porządne wybieganie właśnie poprawia odpornośc... Jakoś przekonuje mnie teroria, że im dłużej się jest na powietrzu, w tym na deszczu i mrozie, tym lepiej dla organizmu...

Hankaskakanka pisze...

Midi, przyzwyczaiłam się do biegania z katarem ubiegłej jesieni :(

Emilio, nie namawiam, bo to zależy od organizmu. Na pewno nie wyszłabym na trening z gorączką (nawet ze stanem podgorączkowym) ani na antybiotyku. Wczoraj stwierdziłam, że albo się wyleczę, albo rozłożę. Na razie czuję się trochę lepiej, więc może jednak biegoterapia pomogła ;) Tak w ogóle bieganie wzmocniło moją odporność - poza drobnymi infekcjami, które zwalczam przy pomocy domowych środków i leków bez recepty, choruję naprawdę rzadko.

drproctor pisze...

Też gdzieś czytałem, że bieganie to dobra "wentylacja" dla zakatarzonych dróg oddechowych. Ale u mnie różnie to bywa. Pomijając już fakt, że gdy robi się chłodniej kapiący nos robi się nieodzownym elementem treningu. Chyba muszę jednak porządek z przegrodą zrobić...

Hankaskakanka pisze...

Zimowy katar to u mnie norma :( Nawet nie będę opowiadać, jak fajnie jeździ się z glutami do pasa na nartach, kiedy ręce są zajęte przez kijki, a nie zawsze można bezpiecznie przystanąć, żeby wyłuskać z kieszeni paczkę chusteczek :(

Aniaha pisze...

lo joj
25 kilosow
jak ja bym juz tez chciala/mogla/umiala tyle :):):)
a ciagle mex u mnie to 40 minut :(

musze przeczytac calego bloga
podoba mi sie bardzo
i pozdrawiam

Hankaskakanka pisze...

Aniuha, zapraszam i miło mi :)