Dziś wystraszyłam się pogody i, zamiast skorzystać z luksusów nowego pojazdu, wybrałam się do pracy na czterech kołach. Powrót z niej był koszmarem, więc jutro albo mieszanka komunikacji miejskiej i własnych nóg albo... ON. Szary metallic, z pojemnym bagażnikiem i opływową linią. Choć niechętnie, zdejmę chyba kokardkę, lub, jak kto woli, szlajfkę.
Wieczorem byłam na siłowni, gdzie mocno popracowałam nad nogami. Na tyle mocno, że zastanawiam się, w jakim tempie pobiegnę jutro swoją spokojną dyszkę. I czy w ogóle wstanę.
Jeszcze 19 dni. Potem laba. Jak bum cyk cyk.
3 komentarze:
Niezwykle stylowy róż kokardy ;D
Fajny rowerek, choć spodziewałam się raczej, że będziesz miała jakiś rowerek do terenowych szaleństw ;)
Podróżowanie na takiej maszynie to sama przyjemność! A kokardkę możesz zostawić do pierwszego deszczu przynajmniej :)
Quinoamatorko, w terenie raczej wolę szaleć biegowo. Jak już wygram w totka, sprawię sobie jeszcze rower górski i wybuduję wszystkim rumakom stajnię :)
Midi, przemyślę!
Na razie maszyna odpoczywa w domu, bo kierowca ma zmęczone nogi po wieczornej siłowni i porannej dyszce ;)
Prześlij komentarz